PREZENT DLA WAS! | EWELINA NAWARA - ŚWIĄTECZNY CUD | OPOWIADANIE

 


Dzień dobry bardzo!

Grudzień to czas prezentów, więc mam dla Was maleńki prezent. Poza opowiadaniem w antologii "Dziewięć świątecznych piosenek" przygotowałam dla Was króciutką świąteczną historię. Mam nadzieję, że "Świąteczny cud" umili Wam chwilkę lub dwie. 


EWELINA NAWARA - ŚWIĄTECZNY CUD

Gdy tego poranka obudziły mnie dźwięki dobiegające z radia, dotarło do mnie, że do świąt został już tylko tydzień. Leniwie przeciągnęłam się na moim wielkim, mięciutkim łóżku, uśmiechnęłam się sama do siebie i wstałam, by zacząć nowy dzień.

Salon wyglądał jak z magazynu, duża choinka, pięknie przystrojona dekoracjami, prezenty piętrzyły się pod nią. Kominek udekorowany był świeżymi gałązkami i światełkami, nie mogło zabraknąć na nim także skarpet. Cztery skarpety z czteroma imionami naszej zwariowanej rodzinki. W całym domu czuć można było zbliżające się święta, zapach pierniczków i pomarańczy roznosił się w powietrzu, a ja czułam się jak szczęściara. Bo byłam szczęściarą.

Choć teraz nasze święta, i ogólnie życie, były idealne, to pamiętam, gdy nie było tak różowo. Wiedziałam, że mama, nawet w tych najgorszych czasach starała się, bym nie pamiętała złego, bym mogła cieszyć się świętami. Ja jednak pamiętałam. Krzyki, kłótnie i dźwięk rozbitego szkła. Nie było pięknej choinki ani tony prezentów. O pieczeniu pierniczków mogłam zapomnieć i dopiero cztery lata temu zaczęłyśmy żyć. Tak naprawdę żyć.

Nie byłam jak inne szesnastolatki, zdawałam sobie sprawę z tego, że życie nie jest wieczną imprezą, wiedziałam, jak to jest, gdy martwisz się, co zastaniesz po wyjściu z pokoju. A raczej kogo zastaniesz. Przez te doświadczenia, przez to, co przeżyłam, starałam zachowywać się bardziej odpowiedzialnie. Przestrzegałam zasad, nie piłam alkoholu i dopiero zaczęłam spotykać się z chłopakami. Miałam kilka przyjaciółek, które, podobnie jak ja, zachowywały się poważnie.

Nigdy nie wierzyłam w cuda, a jednak cztery lata temu dostałyśmy z mamą nasz bożonarodzeniowy cud, który odmienił całe nasze życie.

– Cześć krasnalku, czemu wstałaś tak wcześnie?

– Dzień dobry Danny, nastawiłam budzik, by przygotować śniadanie dla mamy. Słyszałam, że w nocy Violet była kapryśna. – Odpowiedziałam, cmokając mężczyznę w policzek.

Danny był najlepszym, co spotkało mnie i mamę. To on nas uratował, zadbał o nas i… pokochał. To dzięki niemu mieszkałyśmy teraz w pięknym domu i mogłyśmy przystrajać gigantyczną choinkę. Każdego dnia zapewniał nam bezpieczeństwo, którego tak potrzebowałyśmy.

– A co ze mną? Nie zasługuję na śniadanie? – Droczył się ze mną.

– Niech ci będzie, nie-tato, naleśniki czy jajecznica?

Nigdy nie mogłam się przemóc i zacząć nazywać Danny’ego tatą. Z tą nazwą kojarzył mi się strach, a siedzący przede mną mężczyzna uosabiał wszystko, co dobre. Trzy lata temu podsłuchałam jego rozmowę z mamą, w której wyznał, że boi się tego, że nigdy nie będzie dla mnie dość dobry, że nigdy nie nazwę go tatą. Było to krótko po ich ślubie, oboje wiedzieli, że pokochałam go bardzo szybko, może nawet szybciej niż mama. Ale martwili się, oboje się martwili, że to, co spotkało mnie ze strony biologicznego ojca, coś we mnie złamało. Rozpłakałam się wtedy i wyjaśniłam, że nie mogę nazywać Danny’ego tatą. Wtedy powiedziałam coś o „nie-tacie” i tak zostało.

– A co chciałaś zrobić dla mamy? Zjem to samo. – Odpowiedział i wyszedł z kuchni, bo w elektronicznej niani usłyszeliśmy cichy płacz Violet.

Zabrałam się za przygotowanie śniadania, cicho nucąc pod nosem świąteczne piosenki. Zupełnie nieproszone wspomnienia pojawiły się w mojej głowie, choć ze wszystkich sił próbowałam o tym nie myśleć, kolejne obrazy wyświetlały się w mojej głowie, jak filmowe klatki.

– Ty bezużyteczna suko!

Naciągnęłam mocniej kołdrę nad głowę, próbując ukryć się przed światem. Jak dobrze byłoby teraz zniknąć.

– Daj spokój, John, Nina potrzebuje normalnych świąt… Choinki, obiadu świątecznego, prezentu. – Słyszałam głos mamy, choć mówiła spokojnym, kojącym głosem.

– Gówno potrzebuje, a nie choinki. Niech szybko się nauczy, że życie to nie pierdolona bajka!

Cicho płakałam, bo wiedziałam, czym to się skończy. Każda prośba mamy o dodatkowe pieniądze kończyła się tym samym – awanturą, rozbitymi naczyniami i siniakami na skórze mamy.

Byłam zbyt mała, by jej pomóc. Tata był wysoki i silny, poza tym obiecałam mamie, że nie wyjdę z pokoju. „Tutaj będziesz bezpieczna”, mówiła za każdym razem. Mama była moim światem, śpiewała mi piosenki, tuliła mnie, gdy było mi źle. Dlatego obietnica jej złożona musiała zostać dochowana. Ale te krzyki… chciałabym, żeby ucichły. Tym razem awantura trwała dłużej, mama nie mówiła już spokojnym głosem, krzyczała. Usłyszałam huk, a zaraz po nim pełen bólu krzyk mamy. Więcej krzyków taty. Rozpłakałam się jeszcze mocniej, ale odrzuciłam kołdrę i wstałam z łóżka. Rozpaczliwe szukałam rozwiązania, jak pomóc mamie. Wyszłam z pokoju i wybiegłam z domu. Bez butów, w samej piżamie i skarpetkach. Pobiegłam do sąsiadki, tłukąc w jej drzwi, modląc się o to, by tata mnie nie zauważył…

– Nina, dziecko, co ty tu robisz? – zapytała pani June.

– W moim domu… Muszę zadzwonić na policję… – powiedziałam najodważniej, jak potrafiłam, ocierając policzki z łez.

Musiałam ocalić mamę.

– Och, Nina. Wejdź, zadzwonimy po policję.

Pani June wprowadziła mnie do swojego domu i posadziła na sofie w salonie. Sama podeszła do telefonu i wezwała policję. Zacisnęłam ręce w pięści, bo złamałam daną mamie obietnicę. Jednak to brzmiało tak źle… Inaczej niż zwykle. Kolejne nieproszone łzy pojawiły się na mojej twarzy, wytarłam je ze złością. Miałam dwanaście lat, nie powinnam mazać się, jak mała dziewczynka. Rozejrzałam się po salonie pani June. Była tu choinka, prawdziwa, żywa choinka, której zapach drażnił mnie w nos. Posmutniałam, bo w naszym domu nie było ani jednej ozdoby świątecznej, tata się nie zgadzał.

Pani June usiadła obok mnie i trzymała mnie za rękę, dopóki nie zobaczyłyśmy czerwono-niebieskich świateł, migających w oknie. Wybiegłam z domu pani June, stanęłam na jej podjeździe i patrzyłam, jak dwóch policjantów wchodzi do mojego domu. Aż tutaj słyszałam krzyki mojego taty. Ze strachu ścisnął mi się żołądek. Chciałam tam pobiec, już zrobiłam krok, gdy czyjaś ręka mnie chwyciła.

– Nie, Nina. Musisz poczekać, aż wyjdzie policja. Wejdź dziecko do środka, zaziębisz się, jest zima na litość boską. – Pani June trzymała mnie mocno.

Pokręciłam głową i dalej wpatrywałam się w mój dom. Wydawało mi się, że minęły całe wieki, gdy w drzwiach pojawił się tata… Skuty kajdankami i wyprowadzony przez jednego z policjantów. Gdy tylko mój tata znalazł się na tylnym siedzeniu policyjnego samochodu, wyrwałam się z uścisku pani June i pobiegłam w stronę domu. Gdy wbiegłam w korytarz, pojawił się przede mną drugi policjant. Uśmiechał się do mnie uprzejmie, ukucnął, by nie patrzeć na mnie z góry. Nienawidziłam, gdy ludzie patrzyli na mnie z góry.

– Cześć Nina, mam na imię Danny. Bardzo dobrze zrobiłaś, że poszukałaś pomocy. Twoja mama nie chcę, żebyś tam teraz wchodziła. – Policjant ciągle mówił, a ja nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego mama nie chciała, żebym tam wchodziła. Dlaczego nie chciała, żebym była obok. – Twoja sąsiadka, pani June to moja ciocia, zostaniesz z nią, gdy mama pojedzie do szpitala na badania, dobrze?

– Nic jej nie jest? – zapytałam, złoszcząc się na niego, że nie pozwalał zobaczyć mi się z mamą.

– Nic jej nie będzie. Ale musi ją zbadać lekarz.

Pokiwałam głową, wpatrując się we własne ręce.

– Och, krasnalku, nie płacz, wszystko będzie dobrze. – Nawet nie wiedziałam, że płakałam. Danny przytulił mnie delikatnie, może nawet trochę nieporadnie.

Tulił mnie, dopóki nie przestałam płakać, Wtedy otarł moje policzki i kazał spakować rzeczy na nocowanie u sąsiadki. Gdy zaprowadził mnie do domu pani June, pod nasz dom podjechała karetka. Udawałam, że nie widzę sąsiadów stojących w drzwiach swoich domów.

Pani June kazała mi rozłożyć się w salonie a sama została porozmawiać z policjantem Danny’m. Gdy chwilę później drzwi wejściowe się zamknęły, pobiegłam do nich, otworzyłam je i krzyknęłam:

– Panie Danny, dziękuję za uratowanie mamy!

Na jego twarzy pojawił się uśmiech i wtedy moje dziewczęce serduszko podskoczyło. Bo w jego uśmiechu widziałam zapewnienie, że wszystko będzie dobrze.

– Czy te jajka zrobiły ci coś złego, że tak się nad nimi pastwisz? – Przebłyski z przeszłości przerwał Danny, wchodząc do kuchni z moją maleńką siostrą na rękach.

– Przypomniałam sobie dzień, w którym cię poznałam – odpowiedziałam, uśmiechając się do niego.

Kończyłam przygotowywać ciasto na naleśniki.

– Krasnalku, myślałem, że umówiliśmy się, że w święta nie wspominamy złych czasów, cieszymy się tymi dobrymi i planujemy jeszcze lepsze. – Pocałował mnie w głowę.

– Nic na to nie poradzę, poza tym do świąt jeszcze tydzień.

– Smaż te naleśniki, bo umieram z głodu! – Zmienił temat.

Danny nie lubił wracać do tamtego dnia… Choć dzięki jego interwencji poznał mamę, to dla niego, jak i dla nas był to ciężki temat. Wtedy uratował moją mamę, naprawdę ją uratował. Dopiero jakiś czas później, gdy podrosłam, mama wyznała mi, co się wydarzyło. Mój ojciec próbował ją zabić… Danny ją uratował, a dzięki temu uratował też mnie. Ale jego pomoc nie skończyła się na tej służbowej interwencji. Po służbie przyjechał do domu pani June i przywiózł ze sobą planszówki. Grał ze mną kilka godzin. I tak przez kilka dni. Później okazało się, że odwiedzał też moją mamę w szpitalu. Dbał o nas obie, choć nie musiał. Gdy mama wyszła ze szpitala, to Danny odwiózł ją do domu. Wyglądała źle, ale Danny przygotował mnie na ten widok. Jednak mama nie była gotowa na pozostanie w domu, w którym jej życie mogło się zakończyć. Wtedy też Danny udowodnił, że jest najlepszym mężczyzną, jaki chodził po ziemi. Spakował rzeczy moje i mamy (wrzucając losowe rzeczy do toreb, jak się później okazało, nawet skarpety miałam nie do pary) i przywiózł nas do swojego domu. Zaprosił nas do siebie, do swojego życia i już nigdy z niego nie wyszłyśmy. Pokochał nas a my jego, z resztą, jak mogłybyśmy tego nie zrobić?

– Smacznego, nie-tato – powiedziałam, kładąc przed nim talerz z naleśnikami.

Zabrałam od niego Violet, gruchając do niej słodko. Była rozkosznym dzieckiem, z reguły mało płakała, i sporo się uśmiechała. Była szczęśliwa, a ja wiedziałam, że jeśli Danny będzie miał coś do powiedzenia, będzie szczęśliwa do końca swojego życia.

– Dzień dobry rodzinko, co to za spotkanie beze mnie? – Uśmiechnięta mama weszła do kuchni.

– Chcieliśmy dać ci pospać – odpowiedział Danny.

Roześmiałam się i dodałam:

– On chciał dać ci pospać, ja tylko zrobiłam ci śniadanie. – Pokazałam na naleśniki na blacie kuchennym.

Chodziłam po kuchni z Violet na rękach, kołysząc ją delikatnie. Nie minęło dużo czasu, a malutka zamknęła oczy i zasnęła.

– Czemu ty do niej nie wstajesz w nocy? U ciebie zasypia w minutę – mruknęła mama, szykując sobie kawę.

– Bo jestem młoda i powinnam nie wysypiać się przez przystojnych chłopców, a nie maleńkie dziewczynki. – Wystawiłam mamie język.

– Dla własnego spokoju udam, że nie słyszałem tego kawałka o przystojnych chłopcach.

Uśmiechnęłam się do Danny’ego, bo odbyliśmy już tyle rozmów o chłopcach, że mogłabym z pamięci wyrecytować jego argumenty, dlaczego randkowanie przed trzydziestką nie ma sensu.

– Uznajmy, że nie usłyszysz też tego – powiedziałam do niego i zwróciłam się do mamy – pamiętasz, że wychodzę dziś na lodowisko z Mattem?

– Osiwieję, przy tych dziewczynach, osiwieję – wymruczał Danny.

Mama mrugnęła do mnie i zabrała się za jedzenie śniadania.

– Nie mrugaj do niej, Jess, ja to widzę. Krasnalku, musisz już umawiać się z chłopcami? Nie możesz poczekać jeszcze troszkę? Nie jestem na to gotowy…

– Danny, zdajesz sobie sprawę, że za kilkanaście lat czeka cię to samo? – Postanowiłam go troszkę podrażnić.

– Z pierwszą córką zawsze jest najciężej. Ty przecierasz ślady, dlatego tak ciężko mi się pogodzić z tym, że moja maleńka dziewczynka umawia się na randki.

Pierwsza córka. Moja maleńka dziewczynka. To pokazywało, jak wielkie mieliśmy szczęście, że to właśnie Danny pojawił się w naszym domu. W naszym życiu. Zawsze traktował mnie jak swoją córkę, nigdy nie dał mi odczuć, że jest inaczej. Nawet gdy pojawiła się Violet, jego biologiczna córka.

Tego dnia, w tej kuchni, otoczona świątecznymi ozdobami, otulona zapachem pierniczków i naleśników, po raz kolejny poczułam się kochana. Dzięki świątecznemu cudowi, który dostaliśmy w postaci Danny’ego, cieszyłam się na te zbliżające się święta. Oraz każde kolejne. Danny pokazał mi, że święta mogą być piękne, życie spokojne a prawdziwa miłość nie rani.

– Wybacz tatku, chcę się umawiać z chłopcami, muszę spotkać kogoś, kto dorówna moim wygórowanym wymaganiom.

Danny zamarł, mama również. Wiedziałam dlaczego. Po raz pierwszy nazwałam go tatą. Ale zasłużył na to, dzisiejszy przebłysk wspomnień tylko mnie w tym utwierdził. To Danny był moim tatą, to on mnie kochał, dbał o mnie, drażnił się ze mną i żartował. To on miał zamiar zastraszać każdego chłopaka, który będzie chciał się ze mną spotkać. I to właśnie on, pewnego dnia poprowadzi mnie do ołtarza. Nie żeby mi się spieszyło… Ale to Danny był moim tatą. On, nikt inny.

– Nie patrzcie tak dziwnie, najwyższy czas. – Próbowałam zbyć to, co właśnie się wydarzyło.

– Kocham cię krasnalku – odpowiedział prosto Danny, a ja mogłabym przysiąc, że w jego oczach błyszczały łzy.

– To twój wcześniejszy prezent świąteczny, nigdy mi nie powiesz, że nie dałam ci niczego wyjątkowego. – Podeszłam i przytuliłam go jedną ręką, uważając na Violet, która spała na moim ramieniu.

Danny pocałował mnie w czoło, a ja poczułam całkowity spokój.

Dotarło do mnie, nareszcie to do mnie dotarło. Nie ważne skąd pochodzisz, kto cię spłodził, liczy się to, jakim człowiekiem jesteś, ważne jest to, kto cię kocha, kto o ciebie dba i jest gotowy poświęcić dla ciebie wszystko. Byłam szczęśliwa, miałam rodziców, którzy mnie kochali, maleńką siostrę, którą będę uwielbiać po wsze czasy. Przeszłość zostawiłam tam, gdzie jej miejsce. W przeszłości.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 My fairy book world , Blogger