BARBARA MIKULSKA - PRZEKUPIĆ WIEDŹMĘ || FRAGMENT

 


Rozdział 1

– Zawsze wiedziałam, że życie facetów kręci się wokół dupy – wyznała Kostka i pociągnęła potężny łyk wina. Siedziała na wersalce z podkulonymi nogami. Cieszyła się, że zapada zmrok, a Tuśka nie włączyła światła. Wątły blask jednej świeczki ledwie rozpraszał ciemności. Pochyliła niżej głowę, a długie, ciemne włosy niemal całkiem zasłoniły jej twarz. Nie chciała, żeby przyjaciółka dostrzegła, jak bardzo ją boli.
– Koło jakiej dupy? – spytała Marta, dzielnie dotrzymująca kroku koleżance.
– Chudej i młodej.
– Co?
– Młoda i chuda dupa padła na umysł Marcina i przesłoniła mu widok mojej.
– Jako że nic nie rozumiem, proponuję, żebyś przestała na chwilę pić i wypiła mocną kawę, a potem opowiedziała wszystko od początku.
– To mam pić, czy nie pić? – próbowała żartować Kostka, ale widać było, że nie bardzo jej to wychodzi. – Mogę zanocować u ciebie? – spytała w końcu płaczliwie i niemal natychmiast zasnęła.

***

– Będziesz płakać?
– Zwariowałaś? Z powodu kolejnego skurwysyna, który pojawił się w moim życiu? W życiu.
– A powiesz, co się stało?
– Powiem, tylko zaparz kawy, bo łeb mi pęka. Co myśmy wczoraj żłopały?
– Bez specjalnego wdawania się w szczegóły: wszystko. Wyczyściłyśmy barek z resztek.
– Chyba było tego sporo – Konstancja przełknęła ślinę – biorąc pod uwagę, jak się dziś czuję.
Marta podniosła się z fotela i podreptała do mikroskopijnej wnęki, szumnie nazywanej kuchnią. Po chwili dobiegł stamtąd podniesiony głos, wywołujący kolejną falę bólu.
– Będziesz piła czarną czy z mlekiem?
– Czarną, ale z cukrem. I nie wrzeszcz tak, Tuśka – poprosiła – bo rozsadzi mi głowę.
Marta starała się jak najciszej ustawiać na stole kubki, cukiernicę, łyżeczki i spodeczek z połówką cytryny.
– Trzeba było tyle nie chlać. Mówiłam ci przecież…
– Dobrze wiesz, że nie chodzi o litraż, tylko o mieszankę. – Konstancja sięgnęła po swój kubek, posłodziła dwie czubate łyżki i skosztowała. – Dobre. Ale cytryny nie wcisnę, bo to jakiś kretyński zabobon. Nie chcę sobie popsuć kawy.
– To nie zabobon – oburzyła się Marta. – Zawarte w cytrynie…
– Tuśka, oszczędź sobie gadania. Raz cię posłuchałam i potem o mało nie puściłam pawia.
– To nie przeze mnie i nie od kawy z cytryną. Jakiś kretyn wymyślił, że skoro nie ma ani lodu, ani soku pomarańczowego, to możemy wypić ciepłe campari z rozpuszczonymi lodami truskawkowymi.
– Od czegokolwiek to było, więcej takiego świństwa nie ruszę.
Na znak, że dyskusja zakończona, Kostka rozsiadła się na wersalce, pociągnęła nogi i oparła się wygodnie. Dłonie grzała o duży porcelanowy kubek z wizerunkiem pomarańczowej biedronki w czarne kropki. Marta miała identyczny, ale jej biedronka była czerwona.
– Mów – zachęciła cicho Tuśka.
Konstancja przez chwilę popijała gorący napój i zastanawiała się, od czego zacząć.
– W piątek zadzwonił Jacek. Zapytał, czy nie posiedziałabym do niedzieli wieczorem z dzieciakami. Mieli z Anką wyskoczyć na parę dni do Bukowiny. Ustawiali to od dawna, podobno teściowa była urobiona jak ciasto na drożdżówki, ale okazało się, że nie przewidzieli jednej okoliczności. Jej fagas wymyślił, że w ten weekend pojadą na daczę, bo ktoś tam powiedział, że wysypały grzyby.
– Wiedział o planach Jacka i Anki wobec babci Sabinki? – Marta zadała bardzo rzeczowe pytanie.
– Oczywiście, że nie. – Kostka się skrzywiła. – Ale przecież wyjazd na własną działkę można przełożyć na dowolny termin. No dobra, Sabina powinna była to uzgodnić wcześniej ze swoim facetem. Z jakichś przyczyn tego nie zrobiła i mój braciszek został na lodzie. W związku z tym zadzwonił na pogotowie opiekuńcze, czyli do mnie.
Konstancja przerwała opowieść, żeby dolać sobie gorącej kawy z ekspresu. Wędrówkę do kuchenki wykorzystała na uporządkowanie kłębiących się w głowie myśli.
– Wkurza mnie to okropnie – rzuciła, sadowiąc się ponownie na wersalce.
– Co cię wkurza?
– To. Każdy uznaje, że skoro nie jestem obarczona mężem i bachorami, to można mnie szarpać na wszystkie strony.
– Mogłaś odmówić. – Marta skryła lekko złośliwy uśmieszek.
– Jackowi? Wiesz, że jemu nigdy bym tego nie zrobiła.
– Wiem. – Marta poklepała przyjaciółkę po kolanie. – Wiem, nie tłumacz się. Mów, co było dalej.
– Pojechałam do domu, żeby zabrać trochę ciuchów. Żebyś ty widziała minę tego sukinkota!
– O kim teraz mówisz?
– Jak to o kim? O tej gnidzie, Marcinie! Minka mu się wyciągnęła jak dzieciakowi z domu dziecka, który spodziewał się samochodu na baterie, a okazało się, że opiekunowie w ogóle zapomnieli, że ma urodziny.
– Mysza, jesteś obrzydliwa. Jak możesz kpić z porzuconych dzieci?
– Przepraszam, nie kpię, chciałam ci tylko zobrazować ogrom jego rozczarowania.
– No dobra, zobrazowałaś, dawaj dalej.
– Wyjaśniłam, wycałowałam, obiecałam, że wynagrodzę mu z nawiązką…
– Oszczędź mi szczegółów! Do rzeczy!
Konstancja wciągnęła głośno powietrze.
– Okej, pomyślałam, dobra ciotka powinna myszakom coś kupić. Coś pysznego i absolutnie niezdrowego. Wiesz, jakiego fioła ma Anka na punkcie zdrowej żywności, nie? Ale miałam pewność, że tym razem nie piśnie nawet słowa, w końcu ratowałam romantyczny weekend w górach. Padło na lody waniliowo-czekoladowe, litrowe opakowanie. O kurwa!
Na chwilę zapadła cisza. Marta nie wiedziała, co wywołało taką reakcję przyjaciółki.
– Możesz jaśniej? – poprosiła nieśmiało.
– Mam albo lodowe jezioro na środku sypialni, albo całą torbę upieprzoną tym cymesem. Nie wiem, co zrobiłam z lodami. Gdzie mogłam je pizgnąć? Wyobrażasz sobie? Kompletna amnezja.
– Nie przejmuj się. Lody nie atrament, łatwo schodzą – pocieszyła ją Marta.
– Masz rację. – Kostka machnęła ręką. – I tak już teraz za późno. No więc zrobiłam zakupy i jadę do myszaków, a tu nagle telefon. Znowu dzwoni mój kochany brat i mówi, że pożar ugaszony. Teściowa, znaczy Sabina, pożarła się z tym swoim i w ramach protestu chętnie przeniesie się na parę dni do wnucząt. Myślałam, że szlag mnie trafi, ale z drugiej strony nawet się ucieszyłam. Stwierdziłam, że zrobię niespodziankę Marcinkowi. No i zrobiłam.

***

Kostka postanowiła, że wstąpi jeszcze do chińczyka i kupi na kolację ryż z warzywami oraz sajgonki. Trochę jej się z tym zeszło. Gdy stanęła pod drzwiami, zerknęła jeszcze na wyświetlacz komórki: dochodziła dziewiąta. Pomyślała, że Marcin pewnie wcina chipsy i ogląda jakiś film. Dziewczyna otworzyła po cichutku drzwi i najpierw skierowała się do kuchni, odstawiła zakupy na blat szafki, potem powiesiła kurtkę na wieszaku w przedpokoju i na paluszkach zajrzała do sypialni, skąd dochodziła muzyka i jakieś dziwne odgłosy.
Zajrzała i zamurowało ją. Przed jej oczami unosiły się i opadały w dość równym rytmie nieopalone pośladki Marcina. Na bladym tle wyraźnie odcinały się kobiece dłonie z pomalowanymi na czerwony kolor paznokciami. Muzyka rzeczywiście dobiegała z telewizora, ale symfonię jęków produkowała siłująca się parka.
Przez dłuższą chwilę Konstancja chłonęła widok, starając się zrozumieć, co właściwie widzi. Kiedy skołatany umysł pozwolił sobie wreszcie na sformułowanie myśli, dalsze wypadki potoczyły się błyskawicznie.
Nie klęła, nie wrzeszczała. Podeszła do telewizora i wyłączyła go. Efekt był piorunujący. Nagle zapanowała cisza; oprócz zwykłych odgłosów dobiegających zza okna, można było usłyszeć jedynie oddechy całej trójki.
Marcin nabrał powietrza, żeby coś powiedzieć, naga dziewczyna próbowała w pośpiechu przykryć się kołdrą, a Kostka wpatrywała się w parę zimnym wzrokiem.
– Nie mów nic! – Gestem powstrzymała chłopaka. – Cokolwiek powiesz, będzie albo kłamliwe, albo totalnie głupie. Za chwilę stąd wyjdę, a wy macie siedem minut, żeby ubrać się i zniknąć. Klucze zostaw w przedpokoju, a twoje rzeczy sama spakuję i dam znać, kiedy możesz je odebrać.
Konstancja odwróciła się i jak automat powędrowała do kuchni. Włożyła chińszczyznę do lodówki, a lody do zamrażalnika. Potem usiadła na krześle i wpatrywała się w zabawki kupione dla bratanków, które ustawiła na stole. Trwała tak do momentu, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwiami. Wtedy chwyciła za telefon.
– Tuśka, mogę do ciebie przyjechać?

***

– I co teraz? – spytała Marta.
– Spakuję mu rzeczy, zrobię porządek w mieszkaniu i po sprawie. – Konstancja wzruszyła ramionami. – Nie pierwszy i nie ostatni. Mam nauczkę, żeby nie ufać facetom. Zresztą zawsze to wiedziałam, tylko tym razem udało mi się zapomnieć. Jezuuu – zawyła i ukryła twarz w dłoniach.
– Co znowu?
– Kurwa, ja z nim przecież pracuję. Będę widywać tę zakłamaną mordę za każdym razem, jak tylko wejdę do biura. Może powinnam zmienić robotę?
– Daj spokój, wariatko. Harowałaś jak wół, dostałaś wreszcie ten awans i teraz chcesz zrezygnować? Zaczynać wszystko od początku? Dasz się pokonać jakieś małoletniej pindzi?
– Nie, ale nie wyobrażam sobie stanąć z tym palantem oko w oko w firmie. Chyba ciąży na mnie jakaś klątwa… Może ktoś powinien odprawić egzorcyzmy?
– Przestań. Ty po prostu trafiasz na niewłaściwe egzemplarze.
– Trafiam? Takich facetów, jakich pokazują w romantycznych filmach, na tym podłym świecie nie ma.
– A Jacek?
– On się nie liczy. To nie facet, to brat.
– A mój Paweł?
– Wyjątek potwierdzający regułę.
Dziewczyny zamilkły na chwilę, każda zamyśliła się nad czymś innym. Marta rozważała kosmicznego pecha przyjaciółki. Kostka zaczęła snuć plan zemsty i chyba szybko na coś wpadła, bo złośliwy uśmiech rozjaśnił jej twarz.
– Co jest? – Marta na tyle dobrze znała kumpelę, by wiedzieć, że ten uśmiech nie oznacza nic dobrego.
– Wiem, jak się zemścić!
– Na Marcinie? – upewniła się Tuśka.
– Martuśka, na obojgu. Choć jego bardziej zaboli. Sprawię, że ta pińdzia będzie jego femme fatale.
– To znasz tę dziewczynę?
– Jasne, to ta nowa sekretareczka u nas w firmie. Maila poprawnie napisać nie potrafi, ale dupą pracuje znakomicie.
– Wiesz – Marta wsadziła palec do ust i odgryzała skórkę – zastanawia mnie, dlaczego sprowadził tę dziewczynę do ciebie. Przecież jeśli miał ochotę na bzykanie, mógł się z nią umówić u siebie.
– Lenistwo w czystej postaci – wyjaśniła Kostka. – Nie chciało mu się ruszyć tyłka, uznał, że nic nie ryzykuje, skoro mam spędzić weekend z dzieciakami.



PRZECZYTAJ JUŻ DZIŚ!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 My fairy book world , Blogger