Wywiad z Anną Harłukowicz-Niemczynow


Hej Kochani, dziś zapraszam Was do przeczytania wywiadu z bardzo pozytywną, zawsze uśmiechniętą dziewczyną - Anną Harłukowicz-Niemczynow :) 


Na początek opowiedz, proszę coś o sobie. Kim jesteś, skąd pochodzisz, dokąd zmierzasz?

Jestem zwyczajną dziewczyną z głową pełną marzeń, które staram się spełniać. Jestem żoną, mamą dwójki dzieci, mam psa. Kiedy nie piszę, jestem szoferem — wożę dzieci w te i we wte, aby mogły realizować swoje pasje.

Aktualnie mieszkam w Mierzynie. Jest to mała miejscowość położona na obrzeżach Szczecina. Dokąd zmierzam, tego nie wie nikt. Mam oczywiście cele do zrealizowania, ale też staram się do nich za bardzo nie przywiązywać. Chcę płynąć z falą życia, chcę pisać książki — to jest pewne. Wierzę, że będę mogła to robić. Nie mówię Bogu o swoich planach, aby się ze mnie nie śmiał ;-) Ale proszę go o pomoc w swojej codzienności. Wiesz co? On mnie słucha :-)

Zdradź jakiś swój sekret.

Nie mam sekretów. Jestem odważna w wyrażaniu myśli. Dzielę się swoimi przemyśleniami w tekstach, które piszę i udostępniam w social mediach. Uważam, że skoro coś przeżyłam, to warto o tym mówić, pisać. Nigdy nie wiadomo kiedy słowa, których odważyłam się użyć, pomogą drugiemu człowiekowi. A ja lubię pomagać.
My, ludzie często mamy tak, że skrywamy swoje przeżycia w obawie, że ktoś nas wyśmieje, zacznie oceniać. Szkoda, bo obalając tabu, byłoby nam do siebie bliżej. Człowiek potrzebuje drugiego człowieka i potrzebuje poczucia, że jego życie i jego doświadczenia nie są niczym dziwnym.
Kiedy mój syn opowiada mi o sytuacjach, jakich doświadczył i często pyta „Ty też tak miałaś?” - to pytanie jest bardzo ważne. On oczekuje odpowiedzi - „Tak, miałam. To jest ludzkie”. Opowiadam mu zawsze jakąś podobną historię ze swojego życia.
Wtedy od razu jest mu lepiej. Tworzy się poczucie wspólnoty i zrozumienia. Nie on pierwszy i nie ostatni, który doznał zawodu. Po co sekrety? Trzeba się dzielić tym, co w sobie nosimy. Takie jest moje zdanie.

Kilka tygodni temu premierę miała Twoja debiutancka powieść „W maratonie życia”. Jakie to uczucie trzymać swoją książkę w rękach?

Z pewnością niecodzienne. Ta książka pisała się w mojej głowie bardzo długo. W zasadzie to całe moje życie. Kiedy znalazła się w sprzedaży, co chwilę widziałam na Facebooku czy Instagramie jej zdjęcia, podczas gdy ja sama jeszcze jej nie miałam. Wydawnictwo nadało przesyłkę, która gdzieś po drodze utknęła. Nie mogłam się doczekać, kiedy ją zobaczę więc…kupiłam ją sobie sama. Chciałam uniknąć momentu, w którym ktoś do mnie podejdzie, trzymając moje literackie „dziecko” w rękach. Ten długo wyczekiwany moment chciałam przeżyć z ludźmi, którym tę powieść zadedykowałam. Kiedy odebraliśmy książkę z Empiku, poszliśmy na lody. Otworzyłam paczkę i popłakałam się. Pracowałam na to bardzo długo. Czekałam na tę chwilę, upiększając ją w wyobraźni. Rzeczywistość okazała się piękniejsza, wzniosła i pełna magii.

Słyszałam też, że wydawnictwo już musiało zlecić dodruk. Twoja książka schodzi jak ciepłe bułeczki. Czy oprócz radości odczuwasz także strach, czy zdenerwowanie przed opiniami czytelników?

Jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. Sama jestem dość wybredna, jeśli chodzi o książki. Jeśli historia mnie nie porwie w ciągu pierwszych pięćdziesięciu stron, nie czytam dalej. Po moją powieść raczej nie sięgną wielbiciele kryminałów. Uważam, że wszystko ma swojego odbiorcę. Wierzę, że postać Matyldy, jest ponadczasowa i każdy odnajdzie w niej cząstkę siebie. Nie odczuwam lęku ani zdenerwowania. Uczucie, które mi towarzyszy nazwałabym tremą. Nie wiem, czy wiesz, ale w Biblii użyto 365 razy słowa „nie lękajcie się” - teologowie twierdzą, że jest to swoisty przekaz dla człowieka, aby w każdym dniu swojego życia, starał się żyć bez lęku. Przecież rok trwa właśnie 365 dni. Gdybym się bała pokazać światu swoją pracę, nigdy nic bym nie napisała. Zawsze znajdzie się ktoś, kto może mnie skrytykować prawda? Ale czy to wystarczający powód, abym nie tworzyła?

Jak długo „W maratonie życia” leżało w szufladzie, zanim znalazł się wydawca?

Kiedy już postanowiłam, że będę pisać, bardzo mocno wierzyłam w to, że szybko znajdę wydawcę. Prace nad powieścią zakończyły się w listopadzie 2016 r. W okolicach świąt Bożego Narodzenia zaczęłam wysyłać oferty wydawnicze. Telefon zadzwonił w połowie stycznia. Podpisałam umowę od razu, ciesząc się, że moje marzenie się spełnia. Po podpisaniu umowy, telefon zadzwonił jeszcze dwa razy. Byłam szczęśliwa i dumna. Nadal zresztą jestem. Ten odzew oznacza, że chyba potrafię pisać.

Opowiedz coś o samej książce. Jak wiele ze swojego życia przelałaś na karty powieści?

Może nie będę zdradzać zbyt wielu szczegółów, aby czytelnicy sięgnęli po tę powieść. Jak wiele przelałam siebie? Myślę, że sporo. Kiedy robiłam research, postanowiłam przebiec ten maraton w Kołobrzegu, aby potem wiedzieć, o czym piszę. Wszystkie emocje biegowe opisane na kartach tej powieści, są prawdą. Ja naprawdę doświadczyłam każdego kroku tej ponad 42-kilometrowej drogi. Wszystkie międzyczasy podane w powieści, są moje. Jeśli chodzi o fabułę i samą postać Matyldy to na końcu we fragmencie „Od autora”, uczciwie napisałam, że obdarowałam ją mnóstwem swoich emocji. Dlatego też udało mi się stworzyć powieść prawdziwą, taką, która porusza czytelnika doprowadzając go do łez. O to mi chodziło. Taki miałam zamiar.

Opowiedz teraz o czasie, kiedy pracowałaś jako instruktorka fitness i trener personalny.

Pierwsze kroki w fitnessie stawiałam jako mała dziewczynka. Miałam czternaście lat i wtedy nie było takiego boomu na tę dziedzinę jak teraz. Zaczęłam ćwiczyć, bo byłam gruba. Po prostu. Biegałam z psem po polach w Wolinie (moja rodzinna miejscowość), wzbudzając ogólne poruszenie. Ludzie pukali się w czoło i mówili, że „ta mała Laskowska to jest nie do końca normalna” (Laskowska, to moje panieńskie nazwisko). Aktywność fizyczna była dla mnie bardzo ważna, nawet w czasie kiedy wydawało mi się, że będę się zajmować czymś innym (mam w szufladzie trzy dyplomy wyższych uczelni).
Wreszcie pasja stała się zawodem, który wykonywałam wiele lat. Rano byłam urzędnikiem państwowym, nosiłam sukienki i szpilki, a wieczorami porzucałam ten idealny kostium na rzecz adidasów. Bardzo dużo pracowałam. Wychowywałam samotnie syna. O widzisz — to też mnie łączy z Matyldą. Dlatego wiem jak to jest i nikt mi nie zarzuci, że w książce napisałam nieprawdę.
Wracając do Twojego pytania — praca trenera dawała mi ogrom satysfakcji. Kochałam ją całym sercem. Kochałam tych wszystkich ludzi. Można powiedzieć, że wycierałam im pot z czoła mówiąc, że dadzą radę, że to jest tylko ciało. Tłumaczyłam, że umysł jest tym, co popycha ciało do pozornie niemożliwego. Znów to wszystko przenika do mojej powieści. Maraton — czy to życia, czy ten biegowy — zawsze biegnie głowa. Nie nogi.

Na twojej stronie znalazłam takie słowa: „Ciało jest piękne w każdym rozmiarze, pod warunkiem, że jest silne i zadbane. Nie ma słabych ciał, są słabe charaktery”. Rozwiniesz tę myśl?

Nasze ciała są piękne takimi, jakie są i koniec kropka. Tyle że naszym zakichanym obowiązkiem jest o nie dbać.(przepraszam za kolokwializm ;-) )
Ciało jest domem, który nas nosi i powinno być dla nas ważne. Możemy śmiać się z tak zwanych osiłków wyciskających pompki, uznając tę czynność za zbędną nam samym, ale czy nabywając siłę fizyczną, potrzebną do dźwignięcia własnego ciała, nie nabieramy tym samym umiejętności, która może uratować nam życie? Wyobraź sobie wypadek samochodowy, ktoś rzuca Ci linę, abyś ją złapała. Tylko tak jesteś w stanie wydostać się z płonącego auta i uratować sobie życie. Kiedy masz słabe ramiona, słaby brzuch, polegniesz. Lina spłonie razem z Tobą. Na co dzień o tym nie myślimy prawda? Do siedzenia wygodnie na kanapie nie są nam potrzebne mięśnie. Człowiek nie został stworzony po to, aby siedzieć. Trzeba się ruszać. Po to mamy umysł — to on powinien być silniejszy i nakazać ciału wykonać te kilka ćwiczeń. Bez zrzędzenia, że mi się nie chce. Bez narzekania. Nasze ciała nie są słabe, one mogą wiele, ale to my, w swojej głowie, musimy je „popchnąć”. Natomiast jeśli chodzi o wygląd, to zawsze tłumaczyłam ludziom, którzy ze mną ćwiczyli, że trzeba siebie kochać niezależnie od tego, jaki posiada się rozmiar i trzeba szanować to, co się dostało — ćwicząc.
Jest wielu chorych niepełnosprawnych ludzi, oni z pewnością by się z nami zamienili. Nie zrzędziliby, że im się nie chce biegać prawda? Gdyby tylko ktoś dał im możliwość wstania z wózka. A nam się nie chce…warto o tym pomyśleć, kiedy stoimy przed dylematem, czy udać się na trening.
Jeśli chodzi o miłość do siebie to znów wiem o czym mówię. Mam za sobą „przygodę” o imieniu anoreksja.

Wiem, że lubisz gotować. Bez jakich trzech potraw nie potrafiłabyś przetrwać.

Sama piekę chleb na naturalnym zakwasie, który dokarmiam :-) Nie wyobrażam sobie naszego domu, bez zapachu chleba. Kocham naleśniki przełożone konfiturą, którą sama smażę. To już chyba trzy prawda? Chleb, naleśniki i konfitura. Może nie jestem zbyt oryginalna, ale ja kocham zwyczajność i prostotę. To w nich odnajduję radość życia.

Kiedy możemy spodziewać się kolejnej twojej książki i o czym ona będzie?

Moja kolejna powieść zostanie wydana na początku 2018 r. Podpisałam już umowę z Wydawnictwem Filia, które zresztą sobie wymodliłam wiesz? Marzyłam, że kiedyś coś wspólnie z nimi wydam. Jak to się mówi - uważaj o czym marzysz ;-) !
„Dziewczyna z warkoczami”, to powieść o przeznaczeniu. Ja sama bardzo w nie wierzę, dlatego też powstała taka powieść. Chyba nie umiałabym napisać czegoś, w co sama bym nie wierzyła. W „Dziewczynie”, mamy wątek miłości między dwojgiem ludzi, których dzieli spora różnica wieku, ale łączy ich zdecydowanie więcej. Powieść jest bardzo pozytywna, optymistyczna. Myślę, że uda mi się czytelnika rozbawić, ale też wzruszyć. Mój mąż już ją czytał i powiedział, że jest świetna. To chyba prawda, inaczej Filia pewnie nie zdecydowałaby się jej wydać :-)

Co sama czytasz? Po jakich autorów sięgasz?

Sięgam po autorów, w których tekstach odczuwam prawdę. Myślę sobie, że nawet doskonale napisana powieść, „celująca” w rynek i potencjalną grupę odbiorców, nie odniesie sukcesu, kiedy nie będzie w niej prawdy. Czytelnik to czuje i tyle. Czytam bardzo dużo i wszystkich nazwisk nie sposób tutaj wymienić. Wymienię zatem dwa: Magdalena Witkiewicz i Paullina Simons. Wierzę tym kobietom i już. Nawet gdyby napisały instrukcję obsługi pralki, czytałabym z zapartym tchem dlatego, że obie panie piszą wiarygodnie.
Pochłaniam też książki psychologiczne, rozprawiające o naturze człowieka i jego możliwościach. Przeczytałam wszystko, co napisała Rhonda Bhyrne, Don Miguel Ruiz, Louise L. Hay, Norman V.Peale. Jeśli chodzi o rodzime nazwiska z tego zakresu, to jestem fanką numer jeden Dagmary Skalskiej. Chociaż raz w roku wsiadam w auto i podążam za nią, aby ją uściskać. Tacy ludzie są dla nas jak anioły.

Podsumowując i chwaląc swoich rodaków — Magdalena Witkiewicz i Dagmara Skalska. Kocham je mocno i bez ich słowa pisanego nie umiałabym się obejść.

Jaką masz dobrą radę dla tych, którzy chcą wydać książkę?

Nigdy, przenigdy, absolutnie nigdy się nie poddawaj. Jak ktoś Ci mówi, że czegoś nie da się zrobić, mówi tak tylko dlatego, że jemu się nie udało. Kiedy upadamy, to tylko po to, aby wstać. Upadki są dobre. Od nich wiedzie tylko jedna droga — ku górze.


Więcej o Ani znajdziecie na jej stronie. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 My fairy book world , Blogger