Czytam w oryginale | Melanie Harlow — Undeniable

Czytam w oryginale | Melanie Harlow — Undeniable

Undeniable, an all-new sexy standalone second chance romance from USA Today bestselling author Melanie Harlow, is available now!
When we were eleven, Oliver Ford Pemberton dared me to jump off a barn roof. He said you couldn’t break a leg from a 12-foot-jump.
He lied.
(You can also break a collarbone, which served him right as far as I was concerned.) I wish I could say it was the last dare I ever took from him, the last bet I ever made with him, the last time I ever trusted Oliver Ford Pemberton.
But it wasn’t.
Because he had the nerve to grow up gorgeous, charming, and sexy. And as we got older, the dares only got dirtier—and the betting stakes higher—until finally, he left me in pieces. I swore I’d never talk to him again.
But twenty years after I took that flying leap, he’s back in my life, daring me to risk everything for him: my job, my self-worth, and my heart.
How many chances does true love deserve?


Z twórczością Melanie Harlow spotkałam się po raz pierwszy, gdy sięgnęłam po jej duet z Corinne Michaels i od tamtego czasu sięgam po wszystkie książki obu tych autorek. Jeśli lubicie lekkie, romantyczne historie miłosne, to Undeniable jest dla Was!

Głównymi bohaterami tej powieści są Chloe i Oliver, w dzieciństwie się przyjaźnili, w młodości Chloe była zauroczona swoim przyjacielem, jednak z pewnych przyczyn zerwali ze sobą kontakt. Po latach Oliver powraca z propozycją, która jest spełnieniem zawodowych marzeń Chloe. Jak zawsze, jest pewien haczyk... Jaki? Dowiecie się, czytając książkę. 

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Melanie opisała relację tych dwojga. Jest bardzo dynamiczna, pełna emocji, między tą dwójką jest niesamowita chemia, oboje mają własne zdanie, trudne charaktery i nie pozwolą sobie wejść na głowę. Nie mamy tutaj do czynienia z szarą myszką i pewnym siebie, bogatym dupkiem, w tej książce dwójka głównych bohaterów to postaci z mocnymi charakterami, mające swoje wady i zalety. Oliver to mężczyzna, który bez problemu podbija kobiece serca, taki bohater rozkochuje w sobie czytelniczki i tak stało się też ze mną. Melanie po prostu wie, o jakich mężczyznach kobiety chcą czytać i dokładnie takich daje im w swoich książkach. 

Jeśli chodzi o fabułę, to Melanie posłużyła się kilkoma motywami, które dość często są wykorzystywane w literaturze dla kobiet, jednak włożyła w nie coś od siebie, wpakowała naprawdę sporo emocji i kompletnie mi one nie przeszkadzały. Sam pomysł bardzo mi się podoba, książki, w których bohaterowie byli niegdyś przyjaciółmi to coś, po co lubię sięgać. Melanie stworzyła naprawdę ciekawą historię dwojga ludzi, których niegdyś łączyła przyjaźń, powoli zdradza, co takiego wydarzyło się w ich przeszłości, dlaczego zerwali kontakt, jednocześnie świetnie rozwijając ich relację na nowo. Melanie Harlow, podobnie jak Corinne Michaels pisze bardzo lekko, prosto, pisze o życiu takim, jakie jest. Swoim bohaterom funduje dobre dni, ale i takie, w których nic nie wychodzi. 

Undeniable to ciepła, zabawna i romantyczna powieść o miłości, przyjaźni i rodzinie. Melanie Harlow napisała powieść, która wciągnęła mnie od pierwszej strony, którą czytało się niesamowicie szybko i przyjemnie. Jeśli lubicie lekkie, proste i niezbyt wymagające romanse to ta książka jest dla Was.



Download your copy today or read FREE in Kindle Unlimited!
Amazon: https://amzn.to/2EjE51C
Amazon Worldwide: http://mybook.to/UndeniableMH
Amazon Paperback: https://amzn.to/2VKluH2
Add to GoodReads: http://bit.ly/2DEajVf


Excerpt:

Fueled by pent-up lust and scotch, we stumbled into Oliver’s room and tore at
each other’s clothes. It was hot and rough and a little bit violent, as if we were furious
we hadn’t been able to keep our hands to ourselves and wanted to take it out on one
another’s bodies. We pushed and pulled and growled and grasped. We called each
other names and cursed viciously. We knocked over a lamp and ripped Oliver’s shirt.
When we finally exploded together, Oliver had me up against the door, and if our
yelling didn’t wake the entire floor, then the pounding must have. I’d have bruises for
days.
Afterward, we collapsed on the bed, naked and sweaty and exhausted.
“Oh my God,” I said. “I can’t believe we did that.”
“I know. Me either.”
“I think I pulled a muscle.”
“I think you bit me. Am I bleeding?”
I laughed. “No, but I hope you’re not seeing anyone. If you are, she’s going to
wonder about all those scratches on your back.”
“I’m not seeing anyone.” He paused. “Are you?”
“No.”
Neither of us moved for several minutes. When I caught myself falling asleep, I
sat up. “I should go.”
“Why? Just stay here.”
I looked down at him. “You want me to stay?”
“Yeah.” He opened his eyes. In the low light, they almost looked black instead of
blue. “Spend the night with me.”
I waited for it—the dirty joke, the excuse, the subtle dig—the reason he’d toss out
for asking me to stay. It couldn’t just be that he wanted me here.
But he didn’t say anything more. He just reached out and covered my hand with
his.

I looked at our hands for a moment, and a thousand memories came rushing
back. Some good, some bad, but all us. I felt close to him, and I didn’t want to leave.
“Okay. I’ll stay.”
“Good.” He took off his watch and put it on the nightstand.

About Melanie

Melanie Harlow likes her martinis dry, her heels high, and her history with the naughty
bits left in. When she's not writing or reading, she gets her kicks from TV series like
VEEP, Game of Thrones, Succession, and Homeland. She occasionally runs three
miles, but only so she can have more gin and steak.
Melanie is the author of the ONE & ONLY series, the AFTER WE FALL series, the
HAPPY CRAZY LOVE series, the FRENCHED series, and the sexy historical SPEAK
EASY duet, set in the 1920s. She lifts her glass to romance readers and writers from
her home near Detroit, MI, where she lives with her husband, two daughters, and pet
rabbit.

Connect with Melanie

Facebook: https://www.facebook.com/AuthorMelanieHarlow/?fref=ts
Amazon: http://amzn.to/1NPkYKs
Bookbub: https://www.bookbub.com/authors/melanie-harlow
Pinterest: https://www.pinterest.com/melanieharlow2/
Instagram: https://www.instagram.com/melanie_harlow/
Website: http://www.melanieharlow.com
Stay up to date! Sign up for Melanie’s mailing list:
http://www.melanieharlow.com/subscribe/
Maria Zdybska - Wyspa Mgieł | Fragment powieści

Maria Zdybska - Wyspa Mgieł | Fragment powieści



Cały świat wirował. Powoli i bardzo ostrożnie Lirr otworzyła piekące oczy, uchyliła powieki tylko na tyle, żeby wpuścić przez rzęsy odrobinę światła.
To nie był dobry pomysł. Wirowane przyspieszyło, a w żołądku poczuła nieprzyjemny ścisk.
„Muszę wstać” – tłumaczyła sobie – „Muszę uciekać... Muszę...”.
– Hmm... – Gdzieś ponad światem, który wciąż wirował w jej głowie, wysoko, wysoko w górze, usłyszała lekko zniecierpliwione chrząknięcie. Męskie. Wytężyła zmysły na tyle, na ile mogła się w tym momencie do tego zmusić.
„Nie jestem w lesie” – pomyślała z trudem, nie mogąc zdecydować, czy to dobrze, czy źle. W głowie miała tuman lepkiej mgły. Coś dzwoniło jej w uszach. Coś kazało jej wstawać, biec, uciekać. Instynkt podpowiadał, a właściwie krzyczał, że grozi jej niebezpieczeństwo, śmierć, ale jej ciało miało to najwyraźniej gdzieś.
Skupiła uwagę na swoich dłoniach, ramionach, nogach. Poruszyła się niepewnie. Nieznośny ból promieniował spod prawego obojczyka. Przesunęła językiem po spękanych gorączką wargach i poczuła gorzki smak. Jej kark i plecy były całkiem zesztywniałe od długotrwałego bezruchu.
„Leżę na czymś twardym. Płaskim. Wirującym...”.
Gdyby nie zapach, a raczej brak zapachu morza, mogłaby pomyśleć, że jest z powrotem na Zielonej Harpii.
Ostrożnie wciągnęła powietrze. Wilgotny kamień, a więc leżała na kamiennej posadzce... do tego ledwie wyczuwalny zapach drzewa sandałowego i... nagła, bolesna konwulsja zgięła ją wpół... zapach baraniny w masie ostrych aromatycznych przypraw. Teraz już zdecydowanie bała się zgadywać, gdzie się znalazła.
Świat dalej wirował. Mocniej zacisnęła powieki, starając się go zatrzymać. Bezskutecznie. Dzwonki w uszach przycichły, zastąpione hipnotyzującym szumem. Po chwili poczuła, jak coś trąca ją delikatnie w lewe ramię.
– Milda? – mruknęła.
– Twoja przyjaciółka jest chwilowo nieobecna... – Głos dobiegał znów gdzieś z wysoka, wydawał się lekko rozdrażniony. – Zważywszy, że zawdzięczasz mi życie, proponowałbym się przedstawić.
Otworzyła oczy powoli, z bólem reagując na światło. Coś, co ją trącało, okazało się być skórzanym butem na nodze mężczyzny, który stał właśnie nad nią i przypatrywał się jej z wyrazem obojętności okraszonej szczyptą zaciekawienia, jakie może okazywać wilk na widok zabawnego fikołka jagnięcia, które zamierza za chwilę pożreć.
Był wysoki, szczupły, a przy tym dobrze zbudowany. Stał nad nią w swobodnej pozie, przyglądając się jej bezczelnie, nie bacząc na konwenanse. W oczy najpierw rzuciły jej się jego włosy, niespotykanie jasne, prawie popielate, z kilkoma czarnymi kosmykami z przodu. Były przy tym trochę dzikie, jakby zmierzwione burzowym wiatrem i opadały na twarz, zasłaniając ją częściowo.
Jego spojrzenie też miało w sobie coś dzikiego. Niepokojące jasnoniebieskie oczy były przejrzyste jak lód, a zarazem zimne i krwiożercze jak oczy drapieżnika. Nie mógł być wiele starszy od Caela, ale emanowała z niego onieśmielająca wręcz pewność siebie. Stał dłuższą chwilę w zupełnym bezruchu, nie wykonując najmniejszego gestu. Nie próbował pomóc jej wstać, nie wydawał się też przejęty jej widocznym cierpieniem. Czekał.
„Ten człowiek jest groźny” – pomyślała od razu.
Podparła się ręką i z trudem podniosła z podłogi. W głowie kołatała jej się niejasna myśl, mgliste wspomnienie z poprzedniego dnia.
– To ty jesteś Raiden? Mag? – Zadarła głowę do góry i odgarnęła z czoła posklejane diabeł morski jeden wie czym włosy.
Zamiast odpowiedzi tamten uniósł w umiarkowanym zdziwieniu jedną brew. Uśmiechnął się chłodno, z wyższością.
„Oczywiście” – pomyślała zła na siebie. Wyniosłość w jego oczach sprawiła, że natychmiast pożałowała, że w ogóle zadała to pytanie.
– Iduńscy wojownicy z klanu Asterle zaproponowali mi wysoką ceną za twoją głowę. Musiałaś nadzwyczajnie ich czymś zdenerwować. – Mag przeszedł od razu do sedna. Nie był zły, wydawał się raczej lekko rozbawiony. Skrzyżował ręce na piersi i po prostu stał nad nią dalej, nieruchomo. Zaczęło narastać w niej niejasne napięcie. Słuchanie rad Mildy mogło nie być najmądrzejszą decyzją.
– Najwyraźniej – odpowiedziała wymijająco i wbrew logice zaczęła się zastanawiać, skąd dobiegał ten przerażający zapach baraniny. Znów zbierało się jej na mdłości. Nie była w stanie prowadzić teraz jakiejkolwiek poważnej rozmowy, a już w żadnym razie dyskusji z magiem. Poczyniła jednak wysiłek, żeby usiąść na zimnej podłodze, licząc, że mag uzna to za przejaw dobrej woli z jej strony.
– Jak na razie nawet nie starasz się mnie przekonać, żebym nie posłuchał Asterle. – Raiden wydawał się nieco urażony. Odgarnął niedbale jasne włosy z czoła i dalej wpatrywał się w nią nieruchomym, lodowatym wzrokiem.
– A co z prawem azylu? Przecież z niego skorzystałam… – Lirr z wysiłkiem poskładała w głowie mętne wspomnienia sposobu, w jaki się dostała się do zamku.
Zmarszczyła czoło, zastanawiając się z rosnącym niepokojem, co się stanie, jeżeli prawo azylu jednak jej nie chroni. W końcu to mag, miał zakaz ingerencji w sprawy ludzi. Czy tamci byli gorsi od maga? Czy mag mógł być gorszy od bandy barbarzyńców, którym towarzyszyły rozwścieczone wilki...? I dlaczego, na wszystkie głowy Żmija, ciągle czuła tę obrzydliwą pieczoną baraninę?
– Prawo azylu... – Raiden niespodziewanie szybkim ruchem schylił się, zbliżając twarz na odległość kilku centymetrów od jej twarzy.
Patrzył jej teraz prosto w oczy z rosnącym rozbawieniem. Wytrzymała jego wzrok, mimo że skupienie ostrości widzenia przychodziło jej z trudem. Coś sprawiało, że wszystko wokół było trochę rozmyte. Kolory wylewały się z zarysu poszczególnych kształtów. Jego irytująco zadowolony półuśmiech, jego wysokie kości policzkowe drgały jak rozżarzone upalne powietrze. Posadzka zwolniła wirowanie, ale wydawała się teraz lekko bujać.
– Prawo azylu oznacza jedynie, że twoje życie jest w moich rękach – wyjaśnił powoli, a jego twarz znów nabrała drapieżnego wyglądu.
„Kogoś mi przypomina...” – pomyślała nagle, ale w głowie nadal wszystko jej wirowało i również ta myśl zaczęła po chwili od niej uciekać, ginąc w lepkiej, miękkiej mgle, która wypełniała jej umysł.
Zamknęła na chwilę oczy i z ogromnym wysiłkiem uklękła, prostując się nieco. Gdy je otworzyła, twarz maga była tuż przed jej nosem. „Chce mnie tylko nastraszyć” – powtarzała sobie, starając się skupić. – „Nie mogę mu na to pozwolić!” – postanowiła buntowniczo.
– To jak będzie, Raiden? – Ich walkę na spojrzenia przerwał niski kobiecy głos, dobiegający nieco z tyłu. Zapach ostro przyprawionej baraniny przybrał na sile.
Lirr oderwała wzrok od lodowatego spojrzenia maga. U wejścia do komnaty, w której się znajdowali, stała oszałamiająca rudowłosa piękność. Ciemnozielony gorset z metalowymi nitami na piesiach i sznurowane po bokach spodnie nieskromnie eksponowały jej imponujące krągłości. Jej postawa, ubiór i wytatuowane na skroniach runiczne symbole sugerowały, że należy do jednego z północnych plemion. Musiała być kimś ważnym. Jej pewność siebie, liczba złotych bransolet na nadgarstkach oraz futro srebrnego wilka opadające na ramię nie pozostawiały w tej kwestii żadnych wątpliwości.
– Zastanawiam się – warknął mag. Nawet nie spojrzał na rudą. Wydawał się poirytowany tym, że ktoś mu przerywa.
– Cóż ci po niej? Szybko się nudzisz, a moi ludzie domagają się jej krwi. Naruszyła spokój naszych przodków. – Głos kobiety balansował gdzieś pomiędzy seksowną kotką a wściekłą drapieżną pumą.
„Asterle? To musi być Asterle!” – pomyślała Lirr z przerażeniem.
Oderwała w końcu wzrok od Raidena i spojrzała na kobietę z większą uwagą. Jeszcze w Ysborgu słyszała o przywódcach najpotężniejszych barbarzyńskich klanów z północy. Asterle po śmierci swojego ojca stanęła na czele kilku nadmorskich plemion Idunnów. To prawdopodobnie jej ludzie starali się poprzedniej nocy obedrzeć Lirr ze skóry. Dopiero gdy płomienie z paleniska oświetliły profil rudej, Lirr zauważyła brzydką bliznę przecinającą jej brew. Pomyślała ze zgrozą, że takich ran nie sposób dorobić się, szydełkując spokojnie przed kominkiem. Barbarzyńska księżniczka z pewnością nie wyglądała na kogoś o łagodnym sercu. Dziewczyna przełknęła niepewnie ślinę i skrzywiła się znów, czując gorzki smak w ustach.
Oparta wygodnie o pokryty płaskorzeźbami łuk drzwi Asterle wbiła w nią żarłoczne, ciemnobrązowe spojrzenie.
Nie, nie w nią. Lirr dopiero teraz zauważyła, że ruda podnosi coś do ust, coś, co wyglądało na sporych rozmiarów jagnięcy udziec, w dużej części zresztą już zjedzony.
Zapach baraniny znów do niej dotarł, skręcił jej wnętrzności ze zdwojoną siłą. „Muszę go jakoś przekonać!” – pomyślała w panice. Była absolutnie pewna, że woli pozostać we władzy tego bezczelnego maga, niż stać się kawałkiem mięsa w jagnięcej potrawce Asterle.
Wróciła do niego wzrokiem, szukając na jego twarzy choćby cienia życzliwości, ale znalazła jedynie rosnące rozbawienie na widok jej wyraźnej paniki.
– Myślę, że... – zaczął z triumfalnym uśmiechem, ale nie dokończył.
Udręczony żołądek Lirr w końcu nie wytrzymał napięcia. Kolejne uderzenie ostrego aromatu baraniny i resztki alkoholu całkowicie zdominowały jej wytężoną siłę woli. Poczuła ucisk i ból, mdłości i dziwną lekkość, po czym efektownie zwymiotowała na jego eleganckie, wysokie skórzane buty i chyba również spodnie i ponownie straciła przytomność.




Spodobał Ci się fragment? ZAMÓW JUŻ DZIŚ!
"Drwal. Miłość, która narodziła się z natury" bez tajemnic. Kulisy powstania książki

"Drwal. Miłość, która narodziła się z natury" bez tajemnic. Kulisy powstania książki


Kiedy po raz pierwszy wpadłaś na pomysł na napisanie Drwal. Miłość, która narodziła się z natury?

Na ten pomysł to tak naprawdę nie wpadłam ja, a mój kierownik (pozdrawiam Cię Marcin). To w ogóle śmieszna historia, bo Drwal miał być harlekinem w wersji kieszonkowej. Dostałam propozycję napisania czterech powieści właśnie do wydania w mniejszych wersjach i musiałam coś wymyślić. Wtedy pracowałam jeszcze na pełen etat i w pracy dla zabawy zaczęliśmy wspólnie coś wymyślać. Pomysł na Drwala bardzo mi się spodobał, oczywiście w wersji początkowej było wszystko inaczej, bo bohater miał być autystyczny i b. wycofany, ale ostatecznie zaniechałam ten wątek i zrobiłam z niego samotnika mieszkającego w środku lasu. Potem gdy ta historia rozwijała mi się coraz bardziej, stwierdziłam, że szkoda mi Drwala na wersję kieszonkową i napisałam o tym do Wydawcy. Oczywiście nie oponowali i nie było problemu, by stworzyć z tego pełnowymiarową powieść.


Co było inspiracją do napisania tej książki?

Inspiracją był pomysł mojego kierownika. Tak jak wspomniałam, ostatecznie wiele z tego się zmieniło, ale samą podstawę do tej historii podpowiedział mi właśnie Marcin.


Jak długo zajęło Ci stworzenie tej powieści?

Zawsze ciężko odpowiada mi się na takie pytania, bo ja nie piszę jednej powieści ciągiem. Gdyby tak złożyć ten cały czas, który poświęciłam Drwalowi, to byłoby ze 3-4 miesiące.


Jesteś autorką, która bardzo szybko znajduje wydawców dla swoich książek. Co było pierwsze — skończona książka czy umowa wydawnicza?

Zależy w jakim przypadku (śmiech). Jest tak, że część z tych powieści mam już napisane, ale w b. zaawansowanej fazie, a część to dopiero pomysł do zrealizowania, ale już nie mogę się doczekać, aż będę mogła usiąść i je napisać.


Czy tworząc bohaterów Drwal. Miłość, która narodziła się z natury, inspirowałaś się prawdziwymi ludźmi?

Fizyczny pierwowzór zawsze mam przed oczami, ale cechy charakteru biorę z głowy i dopasowuję do tego, co w danej historii chcę przekazać. Tak było i w tym przypadku.


Co towarzyszyło Ci podczas pisania?

Spokój. Ta historia, choć ma drugie dno i dramatyczne momenty, przywołuje we mnie wspomnienia z dzieciństwa, obozów w lesie, szum drzew i jeziora. Pamiętam taki moment, gdy siedziałam na pomoście nad jeziorem i razem z innymi dzieciakami zajadaliśmy się pierogami i frytkami, bo w obozowej kuchni była gazowa kuchenka i wszystko można było ugotować czy upiec, nawet ciasto.


Czy jest taka piosenka, która kojarzy Ci się z Drwal. Miłość, która narodziła się z natury?

Piosenka konkretna nie, ale melodia z trailera, który stworzyło Wydawnictwo, idealnie pasuje do tej historii. Mogę jej słuchać na okrągło.


Gdyby Twoja książka doczekała się ekranizacji, to kto wcieliłby się w głównych bohaterów?

Nie mam pojęcia, nie myślę o tym, bo to nie jest mój priorytet. Skupiam się na pisaniu, a nie ekranizowaniu powieści.


Jakie plany na przyszłość? Którą twoją książkę przeczytamy jako kolejną?

Planów jest mnóstwo. Już w czerwcu będzie antologia o pierwszej miłości i tam znajdzie się moje jedno opowiadanie pt. Cząstka nas, potem w lipcu będzie Ring Girl, w sierpniu Nieczyste więzy, na jesień piąta część Na szczycie, a w październiku Rysunkowy chłopak. To na ten rok, a kolejny? Na razie nie będę nic zdradzać! :)

Jak krótko zachęcisz do przeczytania Drwal. Miłość, która narodziła się z natury?

Myślę, że ta historia spodoba się każdej zwolenniczce romansów. To nie jest ostry erotyk, a subtelna i zmysłowa historia, która ma swoje wesołe, dramatyczne oraz smutne momenty. Dodatkowo wiem, że moje czytelniczki pokochają Jasona, bo to prawdziwy facet! 


Gosia Lisińska - Pikantnie po włosku || Fragment powieści

Gosia Lisińska - Pikantnie po włosku || Fragment powieści


Pikantnie po włosku to drugi tom serii Miłość w Tychach, Gosi Lisińskiej. 
Premiera 24.05.19 

Czy szalony romans ma szanse przerodzić się w coś trwałego? Zwłaszcza szalony romans z własnym szefem?

Życie Magdy nigdy nie było poukładane czy zwyczajne, a związek z Roberto bynajmniej tego nie zmienia. Przynosi za to mnóstwo namiętności, ale i pytań, których dziewczyna dotychczas sobie nie zadawała.

Jak potoczą się jej losy? Jakie ostatecznie podejmie decyzje?

Tego dowiecie się z tej zabawnej i bardzo erotycznej powieści.

Rozdział 1
To był cholernie kiepski tydzień. Właściwie miałam za sobą kilka kiepskich tygodni. Zebrało mi się na podsumowania, więc najpierw zerwałam układ z Adrianem… Taaa, układ. Związkiem nie dało się tego nazwać, mimo że trwało przez kilkanaście miesięcy i owocowało dość częstym wzywaniem siły wyższej. Fakt, Adi był niekiepski w łóżku, ale poza nim nie miał nic do zaoferowania. Tatko wygadywał mi to średnio raz dziennie. Serio. Kiedyś wysłał takiego SMS-a: „Adrian nie ma nic do zaoferowania”. Cholera. Jak zawsze miał rację.

Zerwałam więc układ i zostałam sama. A ja serio, serio źle znoszę samotność. Zdarzyły się nawet ze dwie, trzy takie chwile, gdy sięgałam po telefon, żeby napisać do byłego. Na szczęście tatko wykasował go wreszcie z kontaktów. Taaa, tatko, mój własny, osobisty dyktator. To przez niego miałam szczególnie kiepski tydzień. Pokłóciliśmy się ostro o to, dokąd zmierza moje beznadziejne życie. Chyba mu się wydawało, że idę w ślady matki. Dobra, na pewno tym się tatko zamartwiał. No i zrobił mi wykład, a że ja byłam właśnie na etapie kiepskiego znoszenia samotności, wyszło z tego jakieś małe piekiełko. To było w czwartek, więc w piątek miałam tak podły nastrój, że w ogóle nie chciałam iść na grilla. No, ale Roberto powinien tam być…

Tak, oficjalnie jestem patentowaną idiotką. Kompletną. Szaleję na punkcie gościa, który nie zauważyłby mojego istnienia, nawet gdybym wlazła do jego gabinetu w samym tylko kwietnym wianku i wykonała uroczy taniec hula. Cholera.

Co więc robiłam w piątkowy wieczór nad Jeziorem Paprocańskim? Po diabła przyszłam wbijać spojrzenie zakochanego kundla w to nieosiągalne cudo? Jakoś nigdy nie podejrzewałam się o skłonności do masochizmu. A przecież byłam prawie pewna, że pojawi się Karolina. A biorąc pod uwagę, że Roberto i Karol mieli jakąś tam nie do końca skonsumowaną przeszłość i facet ewidentnie na nią leciał, mogłam spokojnie założyć, że wgapi te swoje cudne niebieskie oczy w jej idealność, a ja pocierpię. Bo pocierpię, tego byłam pewna. Nie żebym nie lubiła Karoliny. Przyjaźniłyśmy się od ósmego roku życia, a że byłam jedynaczką, kochałam ją jak siostrę. No i rzuciła Roberto. Tak, ten nagły i szeroki uśmiech na mojej buźce to efekt myśli o odrzuconym przystojniaku. Potrzebującym pocieszenia…

Głupia Magda. Oj, głupia. Nie dalej niż wczoraj obiecałam sobie, że wystarczy szybkich numerków i związków bez przyszłości. A dzisiaj przyszłam na Paprocany i nieprzytomnie zakochanym wzrokiem wgapiałam się w to nienormalnie przystojne ciacho w obcisłych dżinsach i drogiej koszuli, seksownie opinającej mięśnie przy każdym ruchu.

Chryste, Magda, weź na wstrzymanie! Ślinisz się jak Bella na widok puszki tuńczyka.

Właśnie kiedy miałam wziąć na to wstrzymanie i przynajmniej odwrócić wzrok, na polankę przy jeziorze, na której nasza gromadka paliła grilla i piła piwo, wpadł chłopak Karoliny. Serio, wpadł. Wyglądał trochę jak niedźwiedź szukający zwady. Potężny i umięśniony, z pochyloną głową, napiętymi ramionami i wściekłym wyrazem twarzy…

Cholera, ma Karolcia farta.

Jurkowski był największym przystojniakiem, jakiego znałam, dopóki nie pojawił się Roberto Moretti. Obaj próbowali zdobyć Karolinę. Pierwsze starcie wygrał Roberto, ale całą kampanię Kuba. Przynajmniej tak twierdziła Karolina do wczoraj, bo potem się trochę poprztykali. No, jak to Karol. Ciągle wszystko przeżywa i traktuje śmiertelnie poważnie. Tatko mówi czasami, że powinnam wziąć z niej trochę przykład. Jaaasne. Żyłabym wtedy w cnocie latami… Zaraz, może i byłoby to lepsze?

Nieważne. W tym momencie bardziej przejmował mnie widok wściekłego Jurkowskiego niż jego panny. Bóg wie, gdzie ona tam była, bo nad jezioro jeszcze nie dotarła. Czy dlatego Kuba rzucił się na to włoskie cudo? Czy może było coś, o czym nie wiem… Nieee, Karol by mi powiedziała, gdyby zeszła się z Roberto. Ona bardzo poważnie traktowała związek z Jurkowskim. Marzyła o nim od roku. Dlaczego więc teraz Kuba szedł do mojego… dobra, trochę podkoloryzowałam, a co mi tam. Dlaczego Kuba szedł z takim wściekłym błyskiem w oczach, ewidentnie chcąc zrobić Morettiemu krzywdę?

Jurkowski krzyknął i Roberto, który dotychczas patrzył na niego obojętnie, spiął się. Zrobił dwa kroki i powiedział coś, dość cicho, więc nie usłyszałam. Kuba warknął i podniósł pięść. Cholera, ma facet jaja. Startować do szefa…

Zamierzył się, ale kiedy wyprowadził cios, mniejszy i szybszy Roberto błyskawicznie się uchylił.

– Przestań! – krzyknął. Niestety Jurkowski nie wyglądał na chętnego do słuchania jego poleceń. Spróbował ponownie… Roberto znów zrobił unik. Pokręcił głową, a kiedy Kuba po raz trzeci wyprowadzał cios, Włoch znów coś powiedział.

Patrzyłam jak zakochana nastolatka, więc chociaż nie usłyszałam, co mówi, dokładnie dojrzałam moment, kiedy słowa dotarły do Jurkowskiego. Chłopak zawahał się i opuścił ręce. Czy Roberto tego nie zauważył, czy nie chciał zauważyć, grunt, że właśnie wtedy zaatakował. Uderzył niesłychanie szybko. Raz, drugi i trzeci. Głowa Kuby odskoczyła przy trzecim ciosie, a on sam zachwiał się i upadł na kolana. Moretti uniósł pięść…

 Wrzasnęłam. Jakoś tak kompletnie odruchowo, a do tego ani nie słodko, ani nie dziewczęco, ale tak głośno, że pewnie sarenki w pobliskim lesie popuściły ze strachu i zwiały do Kobióra.

Roberto nie uderzył. Spojrzał na mnie, uniósł brew, a ja od razu położyłam dłoń na ustach. Włoch uśmiechnął się ponuro, a potem odwrócił do Jurkowskiego. Przez moment wyglądał na niezdecydowanego, ale w końcu podał mu rękę. Kuba, wciąż nieco oszołomiony, przyjął uścisk i wstał powoli. Wymienili kilka zdań, tak cicho, że chyba nawet stojący obok Grzesiek nie usłyszał.

Roberto patrzył za odchodzącym rywalem, a ja gapiłam się na niego. Nie tylko ja zresztą, ale i całe towarzystwo, zwłaszcza trzy biurwy z księgowości, które w ślinieniu się do niego przebijały nawet mnie. Chłopaki z mieszaniną podziwu i złości, bo pokonał gościa potężniejszego od siebie… no, ale w sumie był obcy i pobił ich kolegę. Laski nie miały żadnych dylematów, to był czysty zachwyt.

Włoch tymczasem spojrzał na swoją rękę i skrzywił się. Nawet z tej odległości widziałam, że wciąż ledwie panuje nad gniewem. Cholera, ależ był seksowny. Rany.

Podniósł wzrok i jakoś tak napotkał moje spojrzenie. Uśmiechnął się tak jak poprzednio, raczej ponuro, a potem podszedł do mnie.

– Mocne płuca – zauważył spokojnie, rzecz jasna po angielsku, bo nasz nowy szef nie znał słowa po polsku. Wyjął z mojej dłoni piwo i wziął trzy łyki. – Jestem twoim dłużnikiem. Mogłem mu zrobić krzywdę.

– I dodatkowo wypijasz moje piwo. Wisisz mi – odpowiedziałam. Byłam, cholera, mistrzynią opanowania. Wszystko we mnie tańczyło na wariackiej karuzeli mieszanych uczuć, a na zewnątrz… no, lodóweczka.

– Lecę – potaknął. Poruszył powoli palcami w dłoni, którą przywalił Jurkowskiemu. Wyprostował je i zgiął. Syknął przy tym i ponownie sięgnął po moje piwo. Opróżnił butelkę i odstawił na ziemię. – Znudziła mnie ta impreza. Idziesz ze mną?

O cholera!

– Gdzie?

– Do ciebie?

Zmierzyłam go leniwym spojrzeniem. Tak, wiem, że leniwym. Ćwiczyłam to latami, przyglądając się ojcu. Robił w ten sposób kaszankę z mózgu co drugiej laski. Nie wiem, czy na Roberto zadziałało, bo wciąż uśmiechał się tak samo. Miał jednak taki błysk w oczach, takie napięcie w mięśniach i lekko drgające jabłko Adama, że wiedziałam, że albo ja z nim pójdę, albo któraś z biurw.

A miałam się, cholera, szanować.

– Nie pamiętam, żebym cię zapraszała – odparły resztki mojej zdychającej cnoty.

Uniósł brew w milczeniu. Supersamiec w pełnej okazałości. No, cholera, prawie posikałam się z wrażenia.

– Ale w sumie mnie też już mierzi to towarzystwo. – Tak, Magda, bądź zimna, bądź zimna. Może ktoś się nabierze. – Możesz odprowadzić mnie do domu.

– Mieszkasz niedaleko?

– Na osiedlu U. Dziesięć minut na nogach przez las.

Zmrużył oczy, jakby się zastanawiał.

– Przez las?

– No. Ten tam. – Wskazałam ręką. – Czyżby duży chłopiec bał się drzew?

– Ten duży chłopiec nie boi się niczego. Prowadź, blondasku.

„Blondasku”? Nawet mi się spodobało. Inna sprawa, że nawet gdyby powiedział „puszczalska kaczucho”, też byłabym w siódmym niebie.

No, szanowałam się… Do bólu.

Ruszyłam wydeptaną ścieżką, w pełni świadoma zazdrosnych spojrzeń biurw i obecności mężczyzny, który szedł obok mnie. Trudno nawet stwierdzić czego bardziej. W żyłach lekko szumiał alkohol z dwóch piw, a wyobraźnia szalała. Gdzieś po dziesięciu krokach serce prawie mi stanęło. Cholera! Czy posprzątałam mieszkanie?! Zaraz jednak odetchnęłam. Taaa… pożarłam się wczoraj z tatkiem, a zawsze sprzątam, kiedy się pokłócimy. Jest luz.

Szliśmy w milczeniu. Coś dziwnego się działo. Coś cholernie dziwnego. Specjalnie wybrałam las, żeby ochłonąć… żeby on ochłonął. Wiedziałam, że ta nagła propozycja… to zlepek adrenaliny i wściekłości. Chciałam więc dać mu czas. Nie wiem, czy podziałało, ale za to ja… ja z każdym krokiem nakręcałam się bardziej.

Słońce zachodziło, cudnie mieniąc się między liśćmi wysokich drzew. Kiedy weszliśmy na szeroką wydeptaną ścieżkę przy częściowo zarośniętym stawie, ostatnie promienie odbiły się w wodzie. Widok był tak cudny, że na chwilę oderwał moje myśli od… no, wiadomo od czego. Zapatrzyłam się i potknęłam.

Złapał mnie za ramię. Mocne palce wbiły się w nie i mnie pociągnęły. Uderzyłam w twardy męski tors i na moment straciłam dech. Nie puścił. Przeciwnie, przyciągnął mnie gwałtowniej i pocałował.

O Chryste! Jak on całował. To był silny, brutalny pocałunek spragnionego faceta. Taki, o jakim się śni w najbardziej zbereźnych snach. O Jezu kochany!

Dłonie zsunęły się z moich pleców na pośladki i bezceremonialnie na nich zamknęły. Zacisnęłam palce na jego ramionach. Tak, jeszcze, jeszcze! Pogłębiliśmy pocałunek, a ja przylgnęłam biodrami do jego bioder. Cholera, ależ był podniecony. Chciałam go dotknąć. Już… już…

Zaśpiew ptaka tuż obok nas zadziałał jak kubeł lodowatej wody. Oddychaliśmy jeszcze szybko, wciąż spleceni, ale przestaliśmy się całować. Roberto poprawił kosmyk, który wymknął się z mojego kucyka.

– Daleko jeszcze, blondasku? – zapytał tak cierpiętniczym tonem, że musiałam się roześmiać.

– Blisko. Serio.

Pokiwał głową.

– Szybciej – rzucił tylko.

Potaknęłam w milczeniu.

To było najdłuższe pięć minut w moim życiu. I z pół kilometra pokonane prawie biegiem. Nigdy nie sądziłam, że wspólny szybki spacer w milczeniu może być tak podniecający. Gdy wchodziłam do bloku, ledwie mogłam myśleć. Ręce tak mi się trzęsły, że nie trafiłam kluczem do zamka za pierwszym razem.

Kiedy wreszcie otwarłam drzwi, Roberto wepchnął mnie do środka i zatrzasnął je za nami. Przez moment stał i patrzył. Najseksowniejszy supersamiec na ziemi. Wreszcie przycisnął mnie do ściany i pocałował. Brutalnie i mocno. Oddawałam pocałunek z taką samą gwałtownością, próbując jednocześnie wyszarpnąć koszulę z jego spodni. Musiałam dotknąć skóry. Jeszcze nigdy niczego tak nie potrzebowałam. Była chłodna i jedwabista, napięta na węzłach mięśni. Cholera. Jeszcze! Wcisnęłam rękę między nas i dotknęłam twardego brzucha. Mięśnie zagrały pod moim dotykiem, a Roberto odsunął się na chwilę. I patrząc mi w oczy, położył dłoń na mojej piersi. Wygięłam się, naciskając na te fantastyczne palce. Ocierałam się o nie, jęcząc i dysząc, a on zaśmiał się cicho. Szarpnął bluzkę do góry i odsłonił stanik.

– Boże – sapnął. Ponownie mnie pocałował, a palce łagodnie zacisnęły się na sterczącym sutku.

Prawie doszłam z przyjemności. Nie mogłam dłużej czekać. Musiałam mieć go w sobie. Sięgnęłam do paska i błyskawicznie go rozpięłam. A potem wreszcie dotknęłam…

Był duży i twardy. Jak cała reszta Roberto. Jedwabisty, duży i twardy. Przesunęłam powoli palcami. Mężczyzna jęknął. Napiął się cały, jakby chciał zatrzymać chwilę.

– Powoli – szepnął.

– Nie chcę powoli – zaprotestowałam. – Chcę cię mieć już.

Skinął głową. Włożył rękę pod spódnicę, między uda i pociągnął majtki w dół. Pomogłam nieporadnie, a gdy bielizna znalazła się na podłodze, znów wzięłam go w dłoń. Odepchnął ją, dość obcesowo, a potem wszedł we mnie. Mocno. Brutalnie… Cudownie.

Jęczałam, kiedy się poruszał. Objęłam go udami i wciśnięta w ścianę, zdana tylko na siłę Roberto, dochodziłam z krzykiem takiej rozkoszy, o jakiej dotąd nawet nie śniłam. Krzyczałam raz za razem, niemal umierając z przyjemności.

Dołączył do mnie kilka uderzeń serca później. Jego drżenie tylko spotęgowało ekstazę. Krzyknęłam, a Roberto od razu zamknął mi usta pocałunkiem. Poruszył się jeszcze raz i drugi, jęcząc wprost w moje usta, a potem zamarł w objęciach moich nóg. Oddychał gwałtownie, a jego serce waliło jak oszalałe. Jak moje.

– Gdzie masz łóżko? – zapytał w końcu, nie zmieniając pozycji.

*

Obudziłam się cudownie zmęczona i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem, co się stało i dlaczego głupio się uśmiecham. Nie otwierałam oczu, wciąż na granicy tego słodkiego odrętwienia. Minęło kilka sekund, nim zajarzyłam, że… no… Roberto. O. Mój. Boże. Nawet nie wiedziałam, że tak można. Tyle razy, tak długo. No supersamiec w akcji. Spełnione marzenie. Leżałam cała szczęśliwa, słuchając odgłosów dobiegających z ulicy przez otwarte okno. Jakiś samochód przejechał, a jego silnik terkotał rozpaczliwie. Czyjeś obcasy stukały po bruku, w oddali zaszczekał pies. Typowe osiedlowe dźwięki w Tychach.

Przeciągnęłam się i niechętnie otworzyłam oczy. Byłam sama. Nawet Belka, wyrzucona w czasie nocnych zmagań, nie pofatygowała się do sypialni. Pewnie się obraziła i wcisnęła w domek w drapaku, który kupiłam jej przed rokiem. Zawsze się tam chowa, kiedy coś nie idzie po jej myśli, i potem trzeba ją godzinami przepraszać. To chyba najbardziej pamiętliwy i humorzasty kot na świecie.

Ale to nie brak kota mnie zasmucił, nie okłamujmy się. Byłam sama w sypialni, a facet, który pół nocy mi udowadniał, że w opowieściach o seksualnych możliwościach Włochów jest sporo prawdy, zniknął. Mógł oczywiście być gdzieś w mieszkaniu, więc wstrzymałam oddech i przez chwilę… na tyle długą, na ile pozwoliły mi płuca… nasłuchiwałam. Nic. Cisza. Nawet gniewnego fuczenia kota.

To nie tak, że wyobrażałam sobie romantyczny poranek, słoneczko wpadające przez okno, dźwięki muzyki w tle, przystojnego półnagiego mężczyznę w samych tylko niedopiętych dżinsach, ledwie trzymających się na szczupłych biodrach, niosącego tacę z kawą, słodkim śniadaniem i na wpół rozwiniętą różą… Dobra, coś tam sobie wyobrażałam. Dżinsy byłyby w kolorze denim, pasek w nich czekoladowy, a włosy Roberto uroczo potargane. No i duże, bose, męskie stopy…

Jezu, ta wyobraźnia kiedyś mnie wykończy.

Zawinięta w kołdrę, ponownie przymknęłam oczy, żeby skupić się na obrazku, którego nie było. Na zewnątrz słońce stało już wysoko, dzień zapowiadał się gorący, a niebo między blokami miało idealny odcień bezchmurnego błękitu. Taki śliczny, doskonały czerwcowy dzień, a ja wolałabym zobaczyć coś innego. Cóż, życie, jak to mówi tatko.

Bella wychynęła zza framugi i spojrzała na mnie z wyższością baby, której potrzeby weterynarz usunął jednym cięciem dwa lata temu. Cholera, może to nie jest takie złe rozwiązanie? Jedno cięcie i po sprawie. Szkoda, że u ludzi tak się nie da.

– I czego się głupio uśmiechasz? – zapytałam nieco poirytowana. – Ja przynajmniej tyłkiem dywanów nie wycieram, jak ty wcześniej.

– Miau!

– To nie był dywan! I… nie ma czego porównywać, cholera!

Wstałam niechętnie, bo kocica miała ten wyraz pyszczka, który dokładnie sugerował, że jeśli się nie ruszę i nie dam jej jeść, to mi naszcza do kapci. Lubiłam swoje kapcie. Tatko przywiózł mi je z Wiednia. Były okrutnie różowe, aż oczy bolały, kiedy się na nie patrzyło. Wolałabym, żeby nie skończyły jak poprzednie.

Kocica szła przede mną z dumnie uniesionym ogonem, bo przecież udowodniła mi swoją wyższość, prawda? Mały, rudy, wredny szkodnik. Stanęła przy misce i spojrzała na mnie zniesmaczona, jakby chciała zapytać: długo jeszcze? Sypnęłam karmę i usiadłam na taborecie w kuchni, żeby popatrzeć, jak Belka je.

Taaaa, szczyt marzeń dwudziestopięciolatki: siedzieć na golasa w kuchni i gapić się, jak jej kot wpieprza karmę. Niech jeszcze jakiś berbeć od sąsiadów zajrzy w moje okno i będzie komplet. Cholera! Pokręciłam głową i wstałam, żeby iść pod prysznic. Gdy przechodziłam obok kotki, podrapałam ją po grzbiecie. Mruknęła niechętnie. Nie znosiła, kiedy przeszkadzałam jej w jedzeniu.

Ciepła woda zmywała zmęczenie i dotyk faceta, którego tak cholernie pragnęłam. Gdzieś po pięciu minutach stania pod natryskiem zaczęłam ryczeć. W sumie nie jestem pewna dlaczego. Nic się przecież nie stało… Znaczy stało się, jasne, że się stało. Wielokrotnie i za zgodą obojga. No i było zajebiście przyjemne. Powinnam być uchachana od ucha do ucha. A ja płakałam jak kretynka. Tak zupełnie bez powodu.

Ech, głupia Magda, głupia, głupia…

Telefon zadzwonił przy czwartej głupiej. Rysiek Riedel odśpiewał List do M, a ja z westchnieniem zawinęłam się w ręcznik, żeby odebrać. Tylko jednej osobie przypisałam ten dźwięk. I ta osoba dzwoniła zwykle do skutku.

– Cześć – przywitałam się.

– Beczałaś?

Kufa! Jakim cudem on gdzieś tam, nie widząc mnie, po jednym słowie potrafił to wyczuć?

– No.

– Fajnie. Jakiś tępak?

– Tatku!

– Przecież nie ryczysz z powodu mnie, pogody czy złamanego paznokcia. Tępak?

– Nie. I nie gadam na ten temat.

– Jasne. Co robisz?

Gapię się na kota czyszczącego futro z głębokim przekonaniem, że jest bogiem.

– Nic.

– Świetnie, dzidzia. Będę za godzinę. Spakuj się, wyskoczymy do Wisły.

– Wskoczymy?

– Bardzo śmieszne. Wyskoczymy, matołku. Hotel, spa, full wypas. Zadbają o nas, dopieszczą… Zaraz będzie ci lepiej. Rusz ten krągły tyłeczek, córcia.

– A co z Belką?

– Ten kot i tak ma w dupie, czy jesteś, czy cię nie ma. Zostaw jej żarcie na dwa dni i schowaj kapcie.

Popatrzyłam na mojego czworonoga, który od chwili, w której napełniłam jego miskę, nie zechciał mnie obdarzyć choćby jednym spojrzeniem, i westchnęłam zrezygnowana.

– No, dzidzia… Przecież nie masz nic lepszego do roboty, prawda?

No. Nie miałam. Skoro Roberto wyszedł bez słowa czy choćby karteczki na nocnym stoliku, to raczej nie mam co liczyć na to, że wróci na ciąg dalszy. Pewnie wytrzeźwiał i zrozumiał, że… Cholera wie, co zrozumiał, ale wątpliwe, by to, że jestem miłością jego życia, światłem jego oczu, powietrzem dla jego płuc…

Matko, głupieję.

– Nie, nie mam.

Przez chwilę w słuchawce słychać było tylko ciszę. Potem ojciec powiedział poważnie:

– Kocham cię, wiesz, prawda?

– Jezu, tato.

– Gdyby co, powiesz mi?

– Gdyby co?

– No nie wiem. Jakbyś… no…

– Słuchaj, nie jestem w ciąży, nie mam myśli samobójczych, nie jestem w depresji. Nic mi nie jest. Spokojnie. Przyjedź za godzinę. Będę gotowa.

Rozłączyłam się z wyrzutami sumienia. Cholera.

*

Tatko spóźnił się piętnaście minut. Nic niezwykłego. Kiedy umawiasz się z Markiem Lisowskim, musisz dodać do wyznaczonego terminu od kwadransa do godziny – zależy, jak mu zależy. A że dziecko ma tylko jedno… przynajmniej takie, o którym wie… to na spotkanie ze mną zwykle spóźnia się najmniej. Raz nawet był o czasie, czym mnie śmiertelnie wystraszył. Więcej tego nie zrobił.

Zadzwonił dwa razy, jak rasowy listonosz, a potem, nie czekając, otworzył sobie sam. Kiedyś dałam mu klucz, więc korzystał z niego bez zastanowienia.

– Pewnego razu zastaniesz mnie w sytuacji, której nie chciałbyś zobaczyć – warknęłam, gdy wszedł.

– Wtedy zareaguję jak dwustuprocentowy ojciec: spiorę dupka, a potem zaciągnę was oboje do urzędu stanu cywilnego. – Tatko się wyszczerzył.

Mój tata. Zaraz po Roberto najprzystojniejszy facet, jakiego znam. Zaraz, nie mówiłam tak o Jurkowskim? To się myliłam. Jednak tatko. Patrząc na niego… i okazjonalnie na matkę… zawsze się zastanawiałam, jakim cudem dwa tak doskonałe okazy zdołały spłodzić tak absolutnie przeciętną istotę jak ja. Byłam podobna do tatka, ale to, co u mnie było nawet, nawet, u niego było jakieś lepsze, ładniejsze. Oczy miał głębsze, prawie granatowe, włosy, chociaż też blond – ciemniejsze i tak się ładnie kręciły, usta pełniejsze, zęby idealnie proste…

Miał czterdzieści jeden lat, a wyglądał na trzydzieści. Obcy nie wierzyli, że jest moim ojcem, a wszystkie moje koleżanki kochały się w nim na zabój. Od chwili, w której zobaczyłam go pierwszy raz, osiemnaście lat temu, był moim bohaterem, prawie bogiem. No i był najlepszym tatą, jakiego można sobie wyobrazić.

– Gotowa?

– A mam wyjście?

Zachichotał i cmoknął mnie w czoło.

– Nie. – Obejrzał mnie krytycznie i pokręcił głową. – Tak jedziesz?

– A coś nie tak?

– Pokaż torbę.

– Tato!

– Nie tatuj, pokaż!

– Jezu.

– Jezować też nie musisz. – Sięgnął do mojej torby. – Jezu!

– Jezować też nie musisz – spapugowałam go.

– Przecież mówiłem: hotel, spa… Czegoś nie zrozumiała? Gorszych szmat nie masz?

– Wstydzisz się mnie?

– W takich ciuchach? Jasne.

– Lubię je.

– Matko, jakbyś ty taka podobna do mnie nie była… Gust masz po Jolce.

Spojrzałam na jego ciuchy z górnej półki, ewidentnie mówiące „mam kasę”, i przewróciłam oczami.

– Ale wiesz, że ty byłeś w jej guście?

– Dawno i krótko. Potem jej się zepsuł. – Wysypał wszystko z mojej torby, a później podszedł do wielkiej szafy z przesuwnymi drzwiami i bezceremonialnie ją otworzył. Jak bernardyn zasypane w głębokim śniegu ofiary, tak tatko wyczuwał lepsze ciuchy wśród kompletnego bajzlu, jaki panował w moich rzeczach. – No, patrz, masz jakieś ładne łaszki. To się nada, to też, i to… O, to również. – Wyciągał ubranie po ubraniu i wciskał je do torby. – Okej. Wystarczy. Teraz jeszcze załóż to i jesteś gotowa – uznał w końcu, podając mi kieckę, którą sam kupił dwa tygodnie wcześniej, a której jeszcze nie miałam na sobie. – Dalej, dzidzia!

Mój tatko. Wredny dyktator.

Dziesięć minut później wychodziłam z domu w zwiewnej błękitnej sukience, jakiej sama w życiu bym nie wybrała, z jakiegoś delikatnego, półprzezroczystego materiału, który otulał moje uda łagodną pieszczotą. Cholera, to nawet było miłe. Nie żebym od razu zamierzała chwalić gust ojca, przynajmniej nie w jego obecności, ale raz czy dwa razy przesunęłam palcami po materiale, a nim minęłam drzwi, zerknęłam w odbicie w lustrze. Hmmm…. zupełnie jak nie ja. Taka słodka blondyneczka. Jakbym jeszcze rozpuściła włosy, zrobiła makijaż…

Rany, zaczynam myśleć jak jakaś Barbie! No, ale jakby tak… To może Roberto…

Dość, Magda!

*

– To co to za typ? – Tatko wytrzymał mniej więcej do Pszczyny. Taaa, i tak był dzielny.

– Jaki znów typ?

– Ten, przez którego ryczałaś. I nie patrz tak na mnie. Już kiedy miałaś dziewięć lat, nie dawałem się na to nabrać. Tym bardziej teraz tego nie zrobię. Gadaj.

– Nie ma o czym. Patrz na drogę, cholera!

– Patrzę na drogę, najdroższe moje dzieciątko. Co nie zmienia faktu, że zauważyłem też twoje spuchnięte oczy. Wróciłaś do Adriana?

– Adrian to przeszłość.

– Więc inny.

– Jezu, tato. Jesteś jak pies myśliwski.

– No. – Uśmiechnął się z dumą. – Wyćwiczyłem się, prawda? Dawaj. Tylko bez krwistych szczegółów. Dbaj o stare serce ojca.

Prychnęłam rozbawiona. Stare serce. Taaa…

– Nie odpuścisz? – zapytałam, bo zerkał na mnie jednoznacznie.

– Bez szans. Muszę wiedzieć.

– Rozumiesz, że to nienormalne, że ojciec dopytuje o życie miłosne dorosłej córki?

– Jakbyśmy kiedykolwiek byli normalni – parsknął.

No tak. Nie byliśmy.

Niektórzy mówili, że jestem wpadką. Matka miała szesnaście lat, kiedy mnie urodziła. Ojciec był jeszcze młodszy. No, wpadka jak nic, prawda? Otóż nie. Byłam jednym z najbardziej planowanych dzieciaków na świecie. Matka, normalnie słabiutka ze wszystkich przedmiotów, tym razem dokładnie doczytała… Chryste, nie mogę uwierzyć, że to mówię, matka czytała! Ale tak, doczytała o dniach płodnych i prowadziła przez kilka miesięcy kalendarzyk. Tak! Kalendarzyk! Znalazłam go, kiedy miałam siedem lat, a ona wytłumaczyła mi ze szczegółami co, jak i po co. Brrr… wciąż robi mi się słabo, kiedy o tym pomyślę. Wybrała odpowiedni dzień, pozbyła się babki z domu i uwiodła najbogatszego dzieciaka w klasie. Kiedy nie było trzeba, była całkiem bystrą dziewczynką. Opracowała strategię, długoterminowy plan wyrwania się z biedy do lepszego świata.

Niestety, kiedy rodzice tatka się dowiedzieli, zabrali synka i zamieszkali na drugiej półkuli. Jedno trzeba przyznać matce: nie pozbyła się mnie. Przez jakiś czas byłyśmy we trzy. Ja, ona i babka, która szczerze mnie nie znosiła. Nie trwało to długo, bo mamusia lubiła mężczyzn. Przewijali się przez nasze maluchne mieszkanko jeden za drugim, ze średnią pobytową czterech miesięcy. Miałam ze cztery lata, kiedy matka wreszcie wyszła za mąż. Niestety zabrała mnie ze sobą. Pierwszy rok był jako taki, ale z czasem zrobiło się naprawdę kiepsko. Ojczym mnie nie cierpiał, bo byłam żywym dowodem na jego niemożność spłodzenia potomstwa. Ostatecznie matka już jedno urodziła, więc to nie z nią był problem, prawda?

Chwilami robiło się paskudnie. A potem przyjechał tatko.

To były ostatnie wakacje przed pierwszą klasą. W dalekim świecie, o którym nic nie wiedziałam, moi dziadkowie zginęli w wypadku. Tatko dostał spore odszkodowanie, ale został kompletnie sam. Uznał więc, że trzeba polecieć do Polski i zobaczyć jedyne dziecko. Przynajmniej raz.

Przyszedł akurat wtedy, kiedy… nie będę wmawiać, że przez przypadek… zniszczyłam ojczymowi ulubioną koszulę. Facet dostał furii. Serio. Wrzeszczał i wrzeszczał, a potem sięgnął po pas. Cholernie bałam się tego pasa, chociaż wcześniej uderzył mnie tylko raz. Wtedy się posikałam, a ojczym uznał, że to obrzydliwe. Pewnie dlatego więcej mnie nie bił. Aż do tego niedzielnego poranka.

Matka otwierała drzwi, kiedy ojczym zadał pierwszy cios. Drugiego już nie zdążył, bo tatko rzucił nim o ścianę. Coś mu tam nawet chyba złamał, ale sprawy nie było, bo gość się wystraszył. Kiedy tamten próbował się pozbierać, tatko wyciągnął do mnie rękę i powiedział:

– Jestem twoim tatą. Chcesz iść ze mną?

Kuźwa, też pytanie, nie?

Matka nie protestowała. Chyba też się trochę wystraszyła. No i ojciec sporo jej potem zapłacił za zrzeczenie się praw rodzicielskich.

I tak zostaliśmy rodziną. Trochę dziwną, dwuosobową, której głowa sama ledwie dorosła.

– Coś się tak zamyśliła?

– Tak sobie.

– Nie kombinuj, opowiadaj.

– Nie ma o czym. Była impreza, był cholernie przystojny facet, była szalona noc. Teraz jest ranek, ja mam kaca moralnego, a zamiast robić fajne rzeczy z przystojnym facetem, tłumaczę się mojemu ojcu.

– Blee – skrzywił się tatko. – Straszna historia. Zwłaszcza dla biednego ojca, który musiał jej wysłuchać. Mam mu wlać?

Westchnęłam, bo to wielokrotnie zadawane pytanie jakoś mnie nie rozbawiło tym razem.

– On mi się podoba, tatku – stwierdziłam jakoś tak smutno. – Tak cholernie mi się podoba.

– Ty jemu chyba też, skoro była szalona noc?

– Ja byłam pod ręką. Nie mógł mieć tej, której pragnął. No i był trochę pijany.

Taaa… no i powiedziałam to na głos. Powiedziałam, usłyszałam i rozbeczałam się znowu. Nie ma jak uświadomić sobie prawdę. Cholera by to…

Ojciec zjechał na pobocze, zatrzymał samochód i objął mnie. Nie namawiał, żebym przestała, nie twierdził, że przesadzam. Nie użył żadnego durnego frazesu. Objął mnie tylko i tyle. Zawsze był najlepszy. Że też nie mogę spotkać takiego faceta. Cóż, może dlatego, że tatko jest jedyny w swoim rodzaju.

Po niesłychanie długim czasie, czyli jakichś trzech minutach, kiedy już mi przechodziło, sięgnęłam do schowka, wyciągnęłam chusteczkę i wysmarkałam głośno nos.

– Już – rzuciłam, spoglądając na ojca.

– Na pewno?

– No. Przejdzie mi. – Wzruszyłam ramionami. – Jak zawsze.

– Rany boskie. – Westchnął. – Wiesz… wykończysz mnie kiedyś. Ręce mi się trzęsą. Widzisz? Jakby ten twój przystojniak się tu pojawił, udusiłbym dziada gołymi łapami. Bycie ojcem jest do dupy.

Pogłaskałam go po ramieniu.

– Dajesz radę. Mam prowadzić?

– Nie. Daję radę, prawda?

Uśmiechnęłam się krzywo, świadoma, że robi to dla mnie.

– Miałeś rację – przyznałam po chwili milczenia, kiedy już znów jechaliśmy.

– Jasne, że miałem. A w czym tym razem? Konkretnie?

– Kiedy powiedziałeś, że nie powinnam brnąć w coraz głupsze znajomości. Niepotrzebnie się na ciebie wtedy złościłam.

– Magda, nie strasz mnie! – Spojrzał zza kierownicy, na serio przejęty. – Od dziecka nie przyznajesz mi racji. Boję się.

– Bo od dziecka nie zdarzyło się, żebyś ją miał – skłamałam, a potem zamilkłam.

Jakiś czas podróżowaliśmy w ciszy, bo tatko nawet radio wyłączył.

– Kocham cię. – Ojciec tylko zerknął, a potem kontynuował: – Chcę, żebyś była szczęśliwa. Masz w sobie mnie i matkę. Jak ją ciągnie cię do różnych facetów, ale po mnie masz potrzebę stabilizacji. Nie kręć tą durną łepetyną. Oboje wiemy, że to prawda. Nie będziesz szczęśliwa bez męża, dzieci, domu. Nie da ci tego żaden najprzystojniejszy nawet tępak, wymieniany co pół roku. Choćby nie wiadomo jak dobry był w łóżku.

– Jezu, tato!

– Dzidzia, przestałem wierzyć w twoje dziewictwo, kiedy zastałem cię pod tym osiłkiem w drugiej liceum.

Zachichotałam na to wspomnienie. Biedny Piotrek. Do dzisiaj, kiedy widzi mojego ojca, blednie ze strachu i spieprza na drugą stronę ulicy.

– Było nie wracać wcześniej z pracy.

– Z tego, co pamiętam, i tak wróciłem za późno. – Westchnął.

Wprawnie wyminął kolejny samochód, by ledwie kilkaset metrów dalej zatrzymać się na czerwonym świetle. Rzucił mi wtedy przeciągłe spojrzenie, takie pełne czułości, które zawsze sprawiało, że coś drapało mnie w gardle i nagle brakowało mi słów.

– Czasami myślę, że powinienem był szybko się ożenić, kiedy tylko cię odebrałem. Znaleźć jakąś starszą kobietę, która pomogłaby mi wychować córkę. Choćby tylko po to, żebyś miała dobry kobiecy wzorzec.

– A ja czasami myślę, że bredzisz bez sensu. – Machnęłam ręką. – Zielone. Jedź już. – Kiedy ruszył, dodałam: – Jesteś najlepszym ojcem i matką w jednym. Przeganiałeś moich chłopaków jak ojciec, a teraz zrzędzisz jak matka. I też cię kocham.

Tatko pokręcił głową.

– Mimo to…

– Czekaj. – Zmarszczyłam brwi. – Masz kogoś? Zamierzasz się hajtać?

Zachichotał.

– Taaa, jasne. Za stary już jestem.

– Czyli nie jadę poznać przyszłej mamusi?

– Nie. Jedziemy odpocząć, naładować baterie, odbudować relacje… No wiesz, takie tam bzdety. Będę cię dręczył po ojcowsku, a ty będziesz jęczeć, jak to córka. Dobrze?

– Jasne. Co mi tam. – Wzruszyłam ramionami. Za oknami migały zielone pola. Na błękitnym niebie powolutku przesuwały się pojedyncze chmury. Dzień był ciepły i słoneczny. W taki dzień trudno siedzieć i rozdrapywać rany. Zwłaszcza jeśli wiozą cię do jakiegoś spa w Wiśle. – Jasne. Będzie fajnie.

*

Wróciłam w niedzielę, późnym popołudniem, wypoczęta i prawie zadowolona. Ojciec miał rację, potrzebowałam tego. Po kilku ciężkich dniach, niedotrzymanych postanowieniach i małym dołku zaliczonym z wiadomego powodu odrobina luksusu dobrze mi zrobiła. Góry pomogły co nieco poukładać…

Dobra, a teraz szczerze: przez pół soboty zerkałam na komórkę, licząc na… Jezu, przecież to żadna tajemnica na co. Miałam już przygotowaną mówkę i w ogóle… No, niby wiedziałam, że Roberto nie ma mojego numeru. Ale przecież znał numer Karoliny, a ona mój. Mógł zadzwonić, prawda? Jasne, że mógł. Jasne.

Tylko że nie zadzwonił. Ani w sobotę, ani w niedzielę.

Wracałam do domu z cieniem nadziei, że zastanę go pod drzwiami. Zupełnie maleńkim cieniem… Eeee tam, wszystko miałam wymarzone w szczegółach. Że siedzi na schodach przed moim mieszkaniem… Mniejsza o to, jak wszedł, nie mając klucza od domofonu, nieważne. Sąsiad go wpuścił albo co. W każdym razie siedzi taki smutny i czeka. A potem aż cały promienieje, z tą swoją przystojną buźką i cholernie błękitnymi oczami.

Nie żebym sobie wyobrażała Bóg wie co, prawda?

Aż wstrzymałam oddech, wchodząc do klatki schodowej. Ale nie, Roberto nie siedział na schodach. Za to Bella stała przy drzwiach, wściekła jak zawsze, kiedy ją zostawiałam na dłużej. Syknęła, kiedy weszłam. Postawiła ogon, a potem machnęła nim raz i drugi, odwróciła się i poszła do kuchni. Tym samym dała mi do zrozumienia, że i tak ma mnie gdzieś, ale na żarcie czeka z utęsknieniem.

Nakarmiłam kota, a później usiadłam przed telewizorem, żeby pogapić się na jakiś durny film. Cholera, ojciec miał rację, byłam samotna. Czy to związek Karoliny z Kubą tak na mnie podziałał, czy rzeczywiście coś tam poczułam do tego piekielnego Włocha? Diabli wiedzą. Ale siedząc w półmroku rozjaśnionym tylko blaskiem telewizora, z kotem, który łaskawie rozłożył się obok mnie na kanapie, poczułam się opuszczona przez cały świat.


Spodobał Ci się fragment? ZAMÓW JUŻ DZIŚ!

Copyright © 2014 My fairy book world , Blogger