LEGALNA KULTURA - BO ŚWIAT NIE KOŃCZY SIĘ NA KSIĄŻKACH

LEGALNA KULTURA - BO ŚWIAT NIE KOŃCZY SIĘ NA KSIĄŻKACH



Cześć wszystkim!
Ten wpis jest niejako kontynuacją Czytelniku czytaj legalnie! vol. 2
Bardzo się cieszę, że akcja, którą rozpoczęła Dominika, nabiera rozpędu. Ale nie podoba mi się to, że niektóre z osób głośno krzyczących o kradzieży, zapomina, że świat nie kończy się na książkach. 

Tak, dobrze czytacie... Autorzy, którzy włączyli się w akcję informującą o legalnym czytaniu, zapominają, że zdjęcia pobrane z internetu również są chronione prawami autorskimi. Bookstagramerzy udostępniający na stories wpis Dominiki, na kolejnych „chwalą się” oglądaniem filmu na platformach, które niewiele mają wspólnego z legalnym oglądaniem... Osoby, które tak głośno krzyczą o tym, ile tracą na pirackich wersjach własnych książek, wykorzystują muzykę czy urywki filmów, czy seriali do „produkcji” trailerów promujących ich powieści. Już nie wspomnę o wykorzystywanie wizerunku sławnych modeli, aktorów czy piosenkarzy do grafik promujących książki... Myślę, że najwyższy czas, by otworzyć oczy i zobaczyć, że łamanie i naruszanie praw autorskich nie ogranicza się jedynie do książek. Jeśli chcemy edukować czytelników, piszmy i mówmy im nie tylko o książkach! Nie można zapomnieć, że same słowa nie wystarczą, warto zrobić taki „rachunek sumienia” i sprawdzić, czy jesteśmy tak w porządku wobec innych twórców, jak chcielibyśmy, żeby czytelnicy byli wobec nas. Poniżej kilka przykładów i rozwiązań, jak znaleźć legalną alternatywę.

ŹRÓDŁO INTERNET
Kochani, nie ma czegoś takiego, jak źródło internet. Jeśli udostępniacie na swoich blogach, fanpage czy w innych miejscach w sieci jakiekolwiek zdjęcie, które nie zostało pobrane z darmowego banku zdjęć lub zakupione (np. na AdobeStock) jesteście zobowiązani do podania źródła. I nie, źródło internet nie wystarczy! Kopiujecie link, z którego pobraliście zdjęcie i wklejacie je w poście lub piszecie „źródło: strona internetowa aktora” lub „zdjęcie Ewelina Nawara”. To samo tyczy się grafik, które wrzucacie... Bardzo popularne stały się grafiki z cytatami, jednak bardzo często zapominacie oznaczyć ich autora. Jeśli dostajecie materiały od znajomego blogera, podpiszcie, że jest on ich autorem. Drogi czytelniku, jeśli chcesz podzielić się zdjęciem, które znalazłeś na blogu lub Instagramie, udostępnij je, a nie pobieraj i wrzucaj jako swoje. 
Wyobraźcie sobie, że czytelnik X pobierze książkę z internetu, wrzuci opinię na grupę książkową i podpisze „książka, źródło internet”. Autor się wkurzy, wydawca się zirytuje... I słusznie, ale pamiętajmy, że wszystko działa w dwie strony. Szanujmy swoją pracę, szanujmy swój czas, szanujmy siebie.

MODEL LUB AKTOR NA GRAFICE CZY OKŁADCE
Jestem pewna, że aktor grający w waszym ulubionym serialu czy model, od którego oczu nie możecie oderwać, byłby zachwycony, gdyby wiedział, jakie wrażenie na was wywarł. Jednak jestem pewna, że nie byłby zachwycony, gdyby dowiedział się, że jego wizerunek jest wykorzystywany do promowania waszej twórczości. Wyobraźcie sobie, że tak bardzo, jak autorzy walczą o wynagrodzenie za swoją pracę (właśnie dlatego zrobił się szum wokół legalnego czytania), tak model zarabia na sprzedaży zdjęć (najczęściej przez agencję lub od fotografa). Więc teraz pomyślcie, autor jest zły i rozczarowany, gdy czytelnik pobiera książkę z chomika, a nie widzi problemu, gdy wykorzystuje zdjęcie modela na materiałach promocyjnych... Jednak na autorach świat się nie kończy. Nie zliczę, ile razy widziałam, gdy blogerzy w grafikach wykorzystywali zdjęcia aktorów, piosenkarzy czy modeli... A później ten sam bloger miał żal, że ktoś „ukradł” mu recenzję, zdjęcie, pomysł na cykl... Nie fajnie jest się czuć okradanym z twórczości, prawda? Nie róbmy więc tego samego innym twórcom!

Rozwiązaniem są darmowe i płatne banki zdjęć. Zdaję sobie sprawę, że czasami tak bardzo kochacie modela, aktora czy piosenkarza, tak bardzo kojarzy się on wam z postacią z książki, jednak tworzenie okładek czy materiałów promujących z ich zdjęciami jest niefajne. Nie wspominając o tym, że jest to bezprawne wykorzystanie wizerunku. Dużo lepszym rozwiązaniem jest wrzucenie posta ze zdjęciem takiej osoby, podpisać źródło i w treści posta dodać, dlaczego właśnie on/ona tak bardzo kojarzy się z postacią z książki. Tylko tyle i aż tyle.

TRAILER TRAILEROWI NIE RÓWNY
Tutaj nie będę się za bardzo rozpisywała. Po prostu napiszę, że wszystkie materiały, które wykorzystujecie w trailerach, powinny pochodzić z płatnych lub darmowych banków zdjęć. Nie mogą to być wycinki z filmów i seriali, nie może to być muzyka znanego zespołu.

OGLĄDAJ LEGALNIE...
W dobie Netflixa, Passionflixa, HBO GO, Disney+, Amazon Prime Video ciągle ludzie korzystają ze stron, które nie są legalnym źródłem. I ja jestem w stanie zrozumieć niewiedzę, w końcu po moim pierwszym wpisie dotyczącym legalnego czytania (tego sprzed dwóch lat), dostałam mnóstwo sygnałów od czytelników, którzy myśleli, że opłacając abonament na chomiku, zupełnie legalnie czytają. Podejrzewam, że podobnie ma się sprawa z takimi stronami dla filmów i seriali. Nie dajcie się oszukać, lepiej wykupić pakiet na Netflixie, nawet zrzucając się na niego z przyjaciółką, kuzynem, i mieć czyste sumienie.



Społeczność książkowa bardzo często pokazała, że ma się za lepszą od tych, którzy nie czytają. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że otworzymy oczy na innych twórców, że pokażemy, że udowodnimy, że warto wspierać każdego twórcę. Nie chcę nikogo na siłę uszczęśliwiać, nie chcę moralizować, jednak warto spojrzeć powyżej czubek własnego nosa, zobaczyć, że świat nie kończy się jedynie na książkach.




WŁOSKIE CIACHA W AKCJI!

WŁOSKIE CIACHA W AKCJI!




Chwytliwy tytuł posta, prawda? Jednak jest w nim ujęte to, o czym dziś chcę wam napisać. Włoskie ciacha w akcji, czyli Michele Morrone i Giulio Berruti na ekranach!

O filmie na podstawie powieści Blanki Lipińskiej słyszeli chyba już wszyscy, „365 dni” praktycznie wyskakiwało z lodówki, a szum o filmie wydaje się nie cichnąć. Ekranizacja książki Lipińskiej szturmem podbiła Netflixa na całym świecie.

O „Gabriel's Inferno” filmie na podstawie powieści o tym samym tytule, napisanej przez Sylvain Reynard jest zdecydowanie ciszej. Film dostępny jest wyłącznie na platformie Passionflix, która zajmuje się ekranizowaniem powieści uwielbianych przez czytelniczki.

Udało mi się (W KOŃCU!) obejrzeć „365 dni”, a raczej przebrnąć przez ten film. Jestem również po seansie pierwszej części „Gabriel's Inferno”, więc zdecydowałam podzielić się z wami moimi wrażeniami.

Zapnijcie pasy!


Muszę przyznać, że film zrobiony jest z prawdziwym rozmachem. Widoki Włoch, bogate wnętrza czy sceny na jachcie... Na zagranicznych stronach czy grupach na Facebooku można przeczytać, że widzowie uważają, że „365 dni” zostało nakręcone tak, jak powinno być nakręcone „50 twarzy Greya”. I tutaj muszę przyznać rację, amerykańska autorka może pozazdrościć Blance tego, jak wyszedł film.  Bo jeśli chodzi o jakość, to polska produkcja bije na głowę ekranizację powieści E.L.James. 

Michele Morrone, źródło zdjęcia: https://www.instagram.com/p/CB3lPIVCCUF/

Może was zaskoczę, ale film, podobnie jak książka, mnie się nie spodobał. Dlaczego? Brakło mi chemii pomiędzy bohaterami, bo tutaj tylko relacja Laura-Olga została oddana wiarygodnie. Michele Morrone pozytywnie mnie zaskoczył, podczas prezentacji obsady, czy na zdjęciach, które można znaleźć na Instagramie. Bo miło na niego popatrzeć. Jednak na filmie ten urok gdzieś uciekł... Co do gry aktorskiej... No nie kupił mnie. Podobnie jak sam film. Pikantne sceny erotyczne bez wcześniejszej, wyraźnej chemii między bohaterami nie trafiły w moje gusta. Bo wiecie, w książce Blanka opisuje „wielką miłość” Massimo do Laury, a tu wyszedł tylko seks. To jednak trochę za mało. Ciekawym zabiegiem jest zakończenie filmu... Mam nadzieję, że postaci Olgi i Domenico dostaną więcej uwagi w drugim filmie, bo Magda Lamparska świetnie zagrała pokręconą przyjaciółkę Laury Biel. A Otara jestem po prostu ciekawa... ;) 

Podsumowując — przepiękne widoki Włoch, świetna postać drugoplanowa a poza tym... rozczarowanie i brak chemii pomiędzy bohaterami. Jednak twórcom filmu gratuluję sukcesu, o jakim wielu marzy! 

Z ciekawostek dodam, że Michele Morrone możecie zobaczyć także w serialu „The Trial” na Netflixie. 





„Piekło Gabriela” czytałam kilka lat temu i wtedy profesor Emerson skradł moje serce. Gdy dowiedziałam się, że Passionflix wziął się za zekranizowanie tej powieści, czekałam, aż będę mogła usiąść przed ekranem i przypomnieć sobie tę historię. Muszę wam się przyznać, że jestem zachwycona wyborem aktora wcielającego się w rolę Gabriela. Zazwyczaj kręcę nosem na aktorki, grające w produkcjach Passionflixa, jednak tym Melanie Zanetti świetnie poradziła sobie w roli Julii.

Giulio Berruti, źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/LeBerrutineDiGiulioBerrutiRealOfficial/photos/a.1657980941016664/1675306789284079/

Pierwszą rzeczą, jaka mnie zachwyciła w tym filmie, to chemia między bohaterami, a raczej to, co potrafili zagrać samym spojrzeniem. W powieści relacja bohaterów, ich wzajemna fascynacja, były świetnie opisane, tutaj aktorzy musieli to po prostu zagrać. I według mnie to im się udało. Co do gry autorskiej, Giulio przyćmił Melanie. Cóż, niektóre, odegrane przez niego sceny wypadły tak realistycznie [kto czytał i oglądał, podpowiem, pijany Gabriel], że zastanawiałam się, czy to tylko gra...
Co do samej produkcji, widać, że budżet nie był wysoki, jednak w odbiorze tej historii w ogóle mi t nie przeszkadzało. Powiem więcej, zdziwiłam się, że tak szybko minęły te dwie godziny. „Gabriel's Inferno” to ekranizacja dorównująca powieści, film, tak samo, jak książka, skradł moje serce.

Podsumowując, jeśli lubicie niebanalne historie miłosne, takie, w których rodzące się uczucie i chemia między bohaterami nie muszę być rzucone widzowi w twarz, to „Gabriel's Inferno” to film dla Was. Ja czekam na część drugą.

Tosca Musk kolejny raz udowodniła mi, że potrafi stworzyć świetny film, na podstawie książki. Mam nadzieję, że Passionflix będzie się rozwijał i oddawał kolejne filmy, które zachwycą fanki romantycznych historii. 

I tutaj także mam ciekawostkę! Giulio Berruti zagra w filmie „Dziewczyny z Dubaju”. 






Oglądaliście któryś z tych filmów? Jakie jest wasze zdanie? 


EWELINA NAWARA & JUSTYNA LEŚNIEWICZ - MELODIA SERC | FRAGMENT

EWELINA NAWARA & JUSTYNA LEŚNIEWICZ - MELODIA SERC | FRAGMENT



Prolog

Wielu z Was zapewne pomyśli, że ta dwójka była za młoda, by zrozumieć, czym jest miłość, że byli za mało dojrzali, by wiedzieć, co jest dla nich najważniejsze. Pomyślicie, skąd mogli wiedzieć, czy to miłość, skoro nigdy wcześniej nie doświadczyli takiego uczucia? Jak mogli twierdzić, że to miłość na całe życie, skoro tyle życia przed nimi? Jednak oni wiedzieli. Od pierwszego spotkania, od momentu, gdy spojrzeli sobie w oczy, wiedzieli. Od pierwszej chwili połączyło ich coś wyjątkowego, czuli, jakby znali się od zawsze, jak gdyby ich serca właśnie znalazły swoją zagubioną cząstkę, a dusza odkryła drugą połowę samej siebie.
Choć kompletnie różni: ona, spokojna dziewczyna, z planami na przyszłość, on, playboy, który w życiu liczy się jedynie z dwiema osobami, odnaleźli w sobie oparcie. Od tego czerwcowego popołudnia Jo i Liam wiedzieli, że spotkali człowieka, z którym chcą iść przez życie. Jednak los bywa przewrotny i nie można brać tego, co nam oferuje, za pewnik. Wystarczy jedna chwila, jedno zdarzenie, by plany i marzenia legły w gruzach.
Poznajcie ich historię.

We are still kids, but
We’re so in love
Fighting against all odds
I know we’ll be alright this time
Darling, just hold my hand
Be my girl, I’ll be your man
I see my future in your eyes
Perfect, Ed Sheeran

Liam

Gdybym mógł wykręcić się od tego grilla u Matta, zrobiłbym to w mgnieniu oka. Jednak jeśli jest ktoś, kto potrafi sprawić, że czuję się jak pięcioletnie dziecko, to moja bratowa, Kelly. Za każdym razem, gdy usiłowałem uniknąć kolejnej imprezy u nich w ogrodzie, patrzyła na mnie tymi wielkimi oczami i wzbudzała poczucie winy. Kochałem brata, był moim najlepszym przyjacielem, i wiedziałem, że zawsze, niezależnie od tego, co się wydarzy, będę mógł na niego liczyć. Po prostu nie znoszę, gdy przyjaciółki Kelly mnie zarywają. W normalnych okolicznościach mógłbym się z tego cieszyć, jednak każda z tych dziewczyn liczyła na coś więcej, na romantyczne kolacje, kwiaty i inne gówno, na które nie miałem ochoty. Czasami zastanawiałem się, czy Kelly nie robiła tego specjalnie… Zapraszała swoje przyjaciółki singielki, by je ze mną zeswatać. Tak czy inaczej, oto stałem przed domem brata. Obiecałem sobie, że jeśli przetrwam ten dzień bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym, biorę chłopaków na miasto. Kilka rundek drinków, muzyka, klub pełen kobiet… Tak, tego było mi trzeba…
– Jestem! – powiedziałem, gdy tylko przekroczyłem próg domu Matta. – Gdzie mam położyć rzeczy, które kazałaś mi kupić, Kell? – Bratowa jak zawsze przesłała mi wiadomość, co mam kupić po drodze. Piwo, jeszcze więcej piwa i chipsy to rzeczy, których nie mogło zabraknąć na grillu u Matta.
– Cześć, dobrze, że jesteś. Wszyscy już są, odpaliliśmy grilla, twój brat walczy z głośnikami. Poważnie zastanawiam się, kiedy wymieni te graty na coś nowszego i łatwiejszego w obsłudze.
Kelly jak zawsze narzekała na sprzęt, i w sumie miała rację, ale wiedziałem, dlaczego Matt ciągle trzymał to dziadostwo.
– W takim razie pójdę i pomogę. Oboje wiemy, że beze mnie sobie nie poradzi. – Cmoknąłem ją w policzek, zabierając pokrowiec, w którym schowane było moje cudeńko. Jeśli mężczyzna może kochać jeden przedmiot, to ja kochałem moją gitarę. Epiphone PRO-1 Ultra, jedyne takie brzmienie. – Twoja żona powiedziała, że jak zwykle nie możesz sobie beze mnie poradzić, braciszku – rzuciłem, gdy tylko podszedłem do Matta.
– Skoro chcesz w to wierzyć, proszę bardzo, ale właśnie skończyłem podłączać sprzęt.
Muzyka od zawsze była obecna na imprezach u Matta, czasami składanki, które sam miksował, ale częściej sami improwizowaliśmy na żywo. Było coś niesamowitego w spotkaniach ze znajomymi, wspólnym graniu, współodczuwaniu muzyki. Podobnie czułem się tylko na scenie. Wtedy byłem tylko ja, chłopaki z zespołu i ludzie, którzy przyszli do klubu czy pubu, by nas posłuchać. Nie byliśmy bardzo popularni, powoli przygotowywaliśmy własny materiał, ale ludzie poznali nas dzięki coverom, które regularnie wrzucaliśmy na YouTube. Wiedziałem, że przed nami długa droga, ale kolejni fani, kolejny tysiąc wyświetleń na YT sprawiał, że coraz mocniej wierzyłem, że spełnienie marzeń jest w zasięgu wzroku. Kings Of Sin to moja rodzina, którą sam sobie wybrałem, jedyna, jaką miałem, poza Mattem i Kelly oczywiście.
Postanowiłem trochę się rozejrzeć, spotykałem znane mi twarze, gdy nagle zobaczyłem kogoś nowego. Była piękna… zupełnie niepodobna do pozostałych koleżanek Kelly. Niska, ale proporcjonalnie zbudowana, z naprawdę świetnymi nogami, które w tych szortach wyglądały tak, że momentalnie przed oczami miałem mnóstwo obrazów z nimi związanych. Postanowiłem podejść bliżej i się przedstawić, ale zatrzymałem się jak rażony piorunem. Jej oczy… zdecydowanie największym atutem były oczy… Piękne, orzechowe, otoczone długimi czarnymi rzęsami. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, a ja nie mogłem się ruszyć, jak jakiś gówniarz przed pierwszą randką. Dziewczyna się uśmiechnęła i już wiedziałem… miałem przejebane.

Josephine

Siedziałam na przystanku na ławce z niewielką torbą, która skrywała cały mój dorobek. Ze zniecierpliwienia rytmicznie podrygiwałam nogą, czułam się jak dziecko zagubione w zupełnie obcym miejscu, bez planu na kolejne dni. Można powiedzieć, że opuściłam akademik tak jak stałam. W pośpiechu spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i uciekłam, niczym tchórz podwinęłam ogon i odcięłam się od dobrze znanej mi codzienności. Nie miałam zamiaru tam wracać, nie po tym, jak mnie potraktowali, nie po znieważeniu, jakiego doświadczyłam. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, skontaktowałam się z Kelly, moją bliską kuzynką. Tylko ona jedyna z całej rodziny przyszła mi do głowy. Nie spodziewałam się, że zaproponuje mi tymczasowe lokum. Ale oto jestem w Nottingham, oczekując na wybawienie. Rozmyślania przerwał mi pisk hamulców i basowe dudnienie dobiegające z czarnego audi, maszyna zatrzymała się, a przez uchyloną szybę wysunęła się głowa mojej kuzynki.
– Cześć młoda! Wskakuj szybko, musimy ogarnąć jeszcze zakupy po drodze, bo wieczorem urządzamy grilla! – wykrzyknęła Kelly, starając się przekrzyczeć ryk silnika i samochodowego radia.
Wsiadłam do auta i niemal równo z zamknięciem drzwi, Kelly ruszyła z piskiem. Zapięłam pas i instynktowne usiłowałam wcisnąć hamulec.
– Nie zdawałam sobie sprawy, że taki z ciebie pirat drogowy, – Siliłam się na uśmiech, choć jedyne, co czułam, to skrępowanie. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę, ostatni raz gadałyśmy dobrych kilka lat temu i z tego, co pamiętam, moja matka nie potraktowała jej wtedy zbyt dobrze. Nasza relacja uległa zmianie, choć Kelly zawsze podkreślała, że nie chowa urazy. Nawet nie byłam na jej weselu, mimo że wielokrotnie mnie namawiała. A dziś siedziałam w jej samochodzie, usiłując udawać, że nasze matki nigdy nie darły ze sobą kotów, a my nie jesteśmy ofiarami ich kłótni.
– Jeżdżę szybko, ale ostrożnie. Nic się nie bój. Słuchaj, Jo, nie chcę cię od razu zarzucać pytaniami, ale chciałabym wiedzieć, co się właściwie stało, że postanowiłaś uciec aż do mnie. – Przyciszyła ryczące radio i spojrzała, świdrując mnie wzrokiem.
– Kell, to naprawdę dla mnie trudne, matka znowu namieszała w moim życiu. Zawsze się wtrącała, ale teraz przeszła samą siebie. Opowiem ci wszystko, obiecuję, tylko pozwól mi odrobinę ochłonąć.
Dziewczyna nie odpowiedziała, jedynie nieznacznie skinęła głową, jednocześnie skręcając na parking przy markecie. Byłam jej wdzięczna za zaakceptowanie mojego milczenia, doskonale się znałyśmy. Kelly wiedziała, że potrzebuję czasu na otworzenie się przed nią.
– Wyskoczę tylko po najpotrzebniejsze rzeczy, resztę dokupi Liam, za moment wrócę, idziesz?
– Nie, idź sama, poczekam – odpowiedziałam niemal szeptem.
Zaczynały we mnie wzbierać emocje. Nienawidziłam okazywać słabości, dlatego wolałam zostać sama i postarać się opanować. Dzisiejszy dzień był lawiną dziwnych zdarzeń, których nie mogłam przewidzieć, a teraz jeszcze będę musiała udawać zwyczajną dwudziestolatkę, aby nie dać niczego po sobie poznać w towarzystwie znajomych Kelly.
***
Wieczór nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Po przyjeździe do domu Kelly wzięłam szybki prysznic i rozpakowałam niewielką walizkę. Dostałam przytulny pokój na piętrze, przestronna szafa mogłaby pomieścić połowę mojego akademickiego lokum. Ucieszyłam się z widoku biurka pod oknem, będę miała gdzie rozstawić się z laptopem i książkami. Po oględzinach pomieszczenia, starając się rozluźnić, zeszłam na dół z zamiarem pomocy kuzynce w przygotowaniach do imprezy. Kelly w ciszy produkowała niemal hurtowo przystawki, tymczasem Matt walczył z głośnikami. Od razu urzekł mnie związek Matta i Kelly, miałam wrażenie, że razem tworzyli swego rodzaju harmonię, uzupełniali się, widziałam iskierki w ich oczach, kiedy się w siebie wpatrywali, i zaskakiwały mnie czułe gesty, gdy tylko znajdowali się w swoim pobliżu.
Matt właśnie rozkładał sprzęt grający, z rozbawieniem obserwowałam, jak ten wysoki i przystojny mężczyzna stara się okiełznać wszystkie kabelki. Oczami wyobraźni widziałam już, jak zaplątuje się w nie i upada z łomotem na podłogę; muszę przyznać, że niewiele brakowało, a moja wizja okazałaby się prorocza. Uśmiechnęłam się pod nosem i wyszłam na zewnątrz. Ogród, w którym się znalazłam po opuszczeniu tarasu, nie należał do wielkich, był raczej skromny. Równo przystrzyżony trawnik kontrastował z nieregularnym żywopłotem. Tuż przy tarasie rozpościerała się piękna hortensja w liliowym kolorze. Rozglądałam się po zielonej okolicy w poszukiwaniu jakiegokolwiek zakątka, w którym mogłabym się ukryć w czasie planowanej imprezy. Dostrzegłam w kącie rozłożyste drzewo i niewielki murek, wiedziałam już, gdzie spędzę czas, podczas gdy inni będą się bawić. Ruszyłam w stronę upatrzonego miejsca. Wtedy dotarł do moich uszu mocny męski głos, od którego przeszły mnie ciarki.
– Jestem! – To musiał być któryś ze znajomych Matta. Nie słyszałam dalszej rozmowy, bo umknęłam w głąb ogrodu.
Z domu dobiegały mnie śmiechy dwóch mężczyzn – Matta i tajemniczego właściciela niezwykłego barytonu. Ostatkiem woli powstrzymywałam się, aby nie zajrzeć do środka i sprawdzić, do kogo należy drugi głos. Odwróciłam się w stronę wejścia, gotowa wrócić do pomieszczenia, a wtedy moim oczom ukazał się przystojny brunet o hipnotyzującym spojrzeniu. Rysy twarzy przypominały młodszą wersję Matta – a więc nie znajomy a szwagier Kelly. Nasze spojrzenia się skrzyżowały i jedyne, co odnalazłam w jego oczach, to spokój. Mój spokój.

Liam

– Gapisz się! – Poczułem pstryczek w ucho i usłyszałem zirytowany głos Kelly.
– Kto to jest? –Ostrożnie wskazałem na nieznajomą. – Nigdy wcześniej jej tu nie widziałem.
– To moja kuzynka i dobrze ci radzę, trzymaj łapska z dala od niej. To nie jedna z twoich groupies…
– Jezu, Kell, tylko zapytałem, przecież się na nią nie rzucę – zapewniłem bratową, chociaż ciągle nie mogłem otrząsnąć się z emocji, jakie wywołało we mnie jedno spojrzenie nieznajomej. – Ta twoja kuzynka ma jakieś imię?
– Sam ją o to zapytaj – powiedziała i odeszła, zostawiając mnie w cholernym szoku.
– Liam, dawaj tu swoje dupsko, przydałoby się trochę muzyki – krzyknął dupek lub Matt, jak kto woli.
Muzyka była tym, co kochałem, płynęła w moich żyłach razem z krwią, pompowała powietrze do moich płuc, sprawiała, że żyłem. Bez zastanowienia poszedłem po moją dziecinkę, przełożyłem pasek przez głowę i przez chwilę cieszyłem się tym, jak gitara ciążyła mi w dłoniach. Delikatnie przesunąłem palcami po strunach, zastanawiając się, co zagrać jako pierwsze. Czułem na sobie spojrzenie Kelly, ona wiedziała, że pierwsza piosenka zawsze określa mój nastrój, a ja po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiedziałem, co tak naprawdę brzęczy mi w duszy. Zauważyłem, że tajemnicza kuzynka Kelly też na mnie spoglądała i to był ten moment, w którym coś się we mnie przełączyło i idealny utwór wpadł mi do głowy. Rozprostowałem palce, podszedłem do mikrofonu i zacząłem grać Just Can’t Get Enough, Black Eyed Peas. Śpiewałem i patrzyłem pięknej nieznajomej prosto w oczy, nawet z tej odległości widząc, że jest zmieszana, ale im dłużej śpiewałem, tym szybciej ona oddychała. Cholera. Czyżbym na nią działał tak jak ona na mnie? Kiedy zacząłem mój ulubiony fragment, nie spuszczałem z niej wzroku…

Damn baby I’m feignin’
I’m tryna holler at you, I’m screamin’
Let me love you down this evenin’
Love you love you ya you know you are my demon
Girl we could form a team and
I could be the king you could be the queen and
My mind’s dirty and it don’t need cleanin’…

Podobało jej się to, co widziała i słyszała. Popatrzyłem na Matta i Kelly, widziałem, że bratowa ma ochotę mnie udusić. Cóż, przecież nie dotknąłem jej kuzynki… jeszcze…

Josephine

Patrzyłam jak zahipnotyzowana na chłopaka grającego na gitarze i śpiewającego jeden z moich ulubionych kawałków. Nie mogłam znieść tego, jakie emocje we mnie wzbudzały słowa, głos i ten wzrok, który mnie pożerał, wwiercał się we mnie i uwalniał emocje, o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. Starałam się kontrolować mimikę, obawiałam się, że jak nie zapanuję nad sobą, to będę się gapić na niego z rozdziawionymi ustami, a wolałabym tego uniknąć. Mimowolnie zaczęłam nucić refren, może nawet głośniej niż zamierzałam, miałam to w nosie. Muzyka zawsze działała niczym antidotum na cierpienie duszy. Niejednokrotnie zamykałam się w sobie, zanurzałam się w jej dźwiękach, bo tylko przy niej mogłam zapomnieć o otaczającym mnie świecie.
Szwagier Kelly nie spuszczał mnie z oczu; czułam, jakbyśmy byli tylko we dwoje, reszta wirowała i rozmywała się gdzieś poza muzyką. Nim się zorientowałam, co się dzieje, ktoś pociągnął mnie w stronę śpiewającego mężczyzny. W jednej chwili wylądowałam przy mikrofonie. Dzięki ci Matt, na pewno to jest to, czego teraz potrzebuję. Przeklinałam w myślach męża mojej kuzynki.
Dostrzegłam Kelly, która wbijała wzrok w plecy męża. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Matt byłby właśnie w tej chwili martwy.
– No chodź! – wyszeptał brat Matta, nie przerywając gry na gitarze.
Walić to. Raz się żyje. Zamknęłam oczy i cała oddałam się muzyce. Nie mogłam na niego patrzeć, bo wiedziałam, że on mnie obserwuje. Czułam na sobie jego palące spojrzenie. Starałam się wyłączyć myślenie. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam śpiewać fragment Fergie:

Boy I think about it every night and day
I’m addicted wanna jump inside your love
I wouldn’t wanna have it any other way
I’m addicted and I just can’t get enough

Nogi miałam jak z waty. Po skończeniu całego utworu stałam jeszcze chwilę z przymkniętymi powiekami i pozwoliłam pomału opaść adrenalinie. Nie wierzyłam, że właśnie weszłam, a raczej dałam się wciągnąć, na tę prowizoryczną scenę. Nie wierzyłam, że zaśpiewałam jedną z ulubionych piosenek, w dodatku w duecie z zupełnie obcym mężczyzną. Miałam wrażenie, że to wszystko działo się poza mną, czułam się jak we śnie. Za moment obudzę się w pokoju Dylana, wtulona w jego bok, myśląc, że to właśnie on jest moim domem, opoką.
– Zdradzisz w końcu, jak masz na imię, czy pozostanie to twoją słodką tajemnicą? – Wpatrywał się we mnie z wyczekiwaniem, a ja czułam się, jakbym zapomniała języka w gębie. Na litość boską, Jo, weź się w garść, zachowujesz się tak, jakbyś nigdy nie widziała przystojnego mężczyzny, Dylan do brzydkich też przecież nie należał.
– Josephine, ale większość znajomych zwraca się do mnie po prostu Jo. A ty? Jak ty masz na imię? Od dawna grasz na gitarze? – Oczywiście wcale nie dałam po sobie poznać, że się stresuję. Słowotok to moja największa wada, czasami miałam wrażenie, że mój język tracił połączenie z mózgiem, a gdy się denerwowałam, mówiłam jeszcze więcej.
Widzę, że na przystojnej twarzy maluje się uśmiech.
– Liam, a gram, odkąd pamiętam…


HERMIA STONE - DIA || FRAGMENT

HERMIA STONE - DIA || FRAGMENT



PROLOG

Leniwie zwlokła się z łóżka, ziewnęła i, mrużąc oczy, ruszyła nieco chwiejnie do łazienki. Odkręciła wodę, przez chwilę tępo wpatrywała się w swoje zapuchnięte odbicie, po czym kilkakrotnie ochlapała twarz chłodną wodą. Za którymś razem, gdy opuszczała ręce, coś przykuło jej uwagę. Zmartwiała, z dłońmi wciąż na wysokości twarzy. Pochyliła się do lustra, by lepiej widzieć, a potem, po chwili intensywnego namysłu, stanęła prosto i już bezpośrednio popatrzyła na dłonie. Na własne palce. Na jednym z nich coś błyszczało.

– No szszszszszlag – zachrypiała, gapiąc się w szoku na złotą obrączkę. To było tak absurdalnie sztampowe, że nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wzięła ślub w Vegas. Wzięła ślub w Vegas??? Z kim, do diabła?!

 

ROZDZIAŁ 1
PHONE CALL TO THE PAST

Nie spodziewał się gości o takiej porze. Właściwie już kładł się spać. Nie żeby teraz miał na to jakiekolwiek szanse. Otworzył drzwi, podrapał się po łysej głowie i obrzucił krytycznym spojrzeniem człowieka z burzą posiwiałych włosów. Karmazynowa marynarka absurdalnie gryzła się ze spodniami w intensywnym kolorze niezapominajek.

– Znalazłeś to w szafie żony? – zapytał odruchowo.

Tamten tylko machnął ręką.

– Ty mnie nie rozpraszaj, Hank, bo w moim wieku mogę zapomnieć, po co przyjechałem.

– A po co przyjechałeś? – zapytał Hank, uchylając szerzej drzwi i wpuszczając gościa do środka. Odruchowo, długim, pełnym sympatii spojrzeniem obrzucił Rolls-Royce’a Phantoma z 1935 roku po gruntownej i cholernie kosztownej renowacji, stojącego na półokrągłym podjeździe prowadzącym do masywnej willi z początków XX wieku .

– Musimy pogadać – odpowiedział tamten. – Przed chwilą widziałem fragment konferencji, rozleciał się jeden z tych prawie pełnoletnich zespołów, ale pal licho zespół, potrzebujemy gitarzysty. Tego gitarzy… – przerwał, wchodząc do salonu. Na skórzanej kanapie siedział dobrze mu znany mężczyzna i spokojnie popijał whisky.

– B.B.? – zapytał zdumiony.

– Cześć, Roy – rzucił tamten, podnosząc w jego kierunku szklankę. – Napijesz się?

– Poproszę – odpowiedział mężczyzna w jaskrawym stroju.

– To sobie nalej. Dobrze, że jesteś, bo mam sprawę – mówił B.B., poprawiając się na kanapie. Skóra zaskrzypiała. – Śmierć Neila trochę nas przystopowała, ale teraz możemy wrócić do gry. Musimy tylko jak najszybciej złapać…

Hank stanął w progu i z zadumą oparł się o futrynę.

– Zdajecie sobie sprawę, że zwaliliście mi się na chatę w środku nocy, nie uzgadniając tego wcześniej, dokładnie w tej samej sprawie? – zagaił. – Wiem, że nie mamy gitarzysty. Wiem, że Neil odwalił kitę. Nie konsultując się wcześniej z nami, złośliwy sukinsyn. Wiem też, że czas zakończyć żałobę i ruszyć w trasę, zanim odkryjemy, że jesteśmy emerytami i może powinniśmy przestać grywać na stadionach, a zacząć grywać w bingo. Zgadzam się z tym wszystkim. Ale…

B.B. i Roy popatrzyli na niego pytająco.

– …uważam, że dzwonienie do niego po nocy będzie sugerowało, że jesteśmy starymi desperatami.

– Jesteśmy bardzo starymi desperatami – zapewnił go B.B., sącząc alkohol. – Jeszcze jeden dzień spokojnego życia i szlag mnie trafi. Dosłownie. Tylko rock and roll trzyma mnie w pionie. Nie obchodzi mnie, co sobie pomyśli, byle zgodził się do nas dołączyć. Dzwonimy teraz, zanim ktoś inny się zorientuje, że rzucili na rynek taki kawał gorącego muzycznego mięsa. Bo facet jest praktycznie geniuszem. Długo samotny nie będzie.

Hank westchnął.

– No dobra. Czy któryś z was ma numer telefonu do Smitha-Royala?

Okazało się, że nie. Ale nie mieli też problemu, żeby zadzwonić do kilku innych osób, budząc je z zasłużonego snu, by ten numer zdobyć.

***

– Nie wiem, kim jesteś – głos Patricka o czwartej nad ranem brzmiał jak trenowany przez lata metalowy growl połączony z irytacją Liama Neesona – ale znajdę cię i zabiję.

– Bill Baez. – Rozmówca po drugiej stronie linii przedstawił się grzecznie. Jego dwaj przyjaciele pochylili się w kierunku telefonu, by lepiej słyszeć, więc B.B. po chwili przełączył rozmowę na głośnomówiący. Dzięki temu usłyszeli cichy kaszel, szuranie, a potem pełne podejrzliwości pytanie:

– Ten Bill Baez?

– Z resztą zespołu – dodał B.B. spokojnie. – Panowie, dajcie głos.

– Głos – powiedział Roy.

– Hau, hau. – Hank podszedł do sprawy bardziej kreatywnie, po czym przejechał dłonią po łysinie. Cholera, czyżby się denerwował jak nastolatka? Niedobrze.

– Rany boskie – dobiegło w odpowiedzi. – Dajcie mi moment.

Gdzieś, gdzie w tej chwili znajdował się Smith-Royal, dało się słyszeć więcej szurania i przepychania przerywanego niewyraźnymi: „ale dlaczego”, „potrzebuję większego łóżka”, „Chryste” oraz „kiedyś się pozabijam o te wszystkie damskie kończyny”.

– Jak myślicie, dużo tych damskich kończyn? – zapytał szeptem Roy.

– Obudził wspomnienia, no nie? – B.B. najwyraźniej myślał o tym samym.

W tym czasie ze słuchawki dobiegł ich cichy trzask drzwi, kroki na nagiej posadzce i skrzypnięcie jakiegoś mebla.

– Nie wiem, czy jestem zbyt pijany, czy właśnie za trzeźwy – zaczął już wyraźniej i spokojniej Patrick – ale czy w kierunku Ziemi zmierza wielka asteroida i świat się kończy, że Deep Crimson w komplecie dzwoni do mnie tuż przed świtem? Jakim cudem wy egzystujecie o takiej godzinie? W tym wieku?!

– Dobra, rozmyśliłem się, nie chcę go – rzucił półżartem Hank. – Jak ma mi codziennie wypominać, że jestem od niego dwa razy starszy…

– Jak będę dwa razy starszy niż teraz, będę martwy – wyrwało się Patrickowi. – A wy nadal jesteście w zawodzie. Trochę nie ogarniam, bo jeszcze się nie obudziłem, ale naprawdę do mnie dzwonicie? Nie śni mi się to?

– Dobra, koniec owijania w bawełnę – powiedział Hank, pochylając się w stronę telefonu. – Neil nie żyje.

Patrick przez chwilę milczał.

– Wiem – powiedział wreszcie podejrzliwie, bo wspomniany Neil nie żył prawie od roku. – Bardzo mi z tego powodu przykro, bo choć nie znałem go osobiście, to była żywa legenda. Ale dlaczego…

– Zajmij jego miejsce. Jako gitarzysta. W Deep Crimson – powiedział Hank, ponownie przerywając wypowiedź niedobudzonego Royala.

Odpowiedziała mu cisza. Potem głośny stukot i odległe „no szszszlag…”.

– Halo? – usłyszeli chwilę później. – Przepraszam, możecie powtórzyć? Bo mi telefon upadł z wrażenia.

– Deep Crimson potrzebuje gitarzysty na odpowiednim poziomie. Wóz albo przewóz, Royal – powiedział B.B. powstrzymując ziewanie. – Ja też chcę do łóżka, jutro od rana mam golfa. A tobie kobiety stygną.

– Rany boskie – usłyszeli w odpowiedzi. – Ra-nybos-kie. Niech stygną. Znajdę tylko spodnie i mogę do was jechać. No chyba że zaraz zejdę na zawał, co jest całkiem możliwe, bo tak mi serce wali.

Hank podniósł dłoń z kciukiem wyciągniętym do góry. Wyglądało na to, że ryba połknęła haczyk.

– Spotkajmy się jutro na lunchu. Prześlę ci adres, żebyś rano nie uznał, że ci się to śniło.

– Ta, jakbym miał jeszcze dzisiaj zasnąć – mruknął Patrick. – Ćwiczyć idę. Cholera, wiedziałem, że powinienem był więcej ćwiczyć…

B.B. zachichotał.

– Do zobaczenia jutro!

– Aha – odpowiedział Patrick nieprzytomnie. 





ZAMÓW JUŻ DZIŚ!

Copyright © 2014 My fairy book world , Blogger